Portrety z sercem: bo kiełbasa nie rośnie na drzewie – wywiad z Dominikiem Nawą


Dominik Nawa – twórca Przystani Ocalenie i Komitetu Pomocy dla Zwierząt w Tychach.

Był grudzień 2000 r. Dominik Nawa z Komitetu Pomocy dla Zwierząt w Tychach wraz z przyjaciółmi z innej organizacji pojechał do gospodarstwa pod Wodzisławem Śląskim. Pewien mężczyzna trzymał tam konie w blaszanym baraku. Kupował źrebaki, czekał, aż podrosną, i wysyłał je do rzeźni. W tamtym czasie w telewizji pokazywano, jak wyglądają transporty zwierząt. Stłoczone, pokaleczone, bez wody pokonywały w cierpieniu setki kilometrów, aby zakończyć życie pod nożem włoskiego rzeźnika. W Italii cenią mięso młodych koni. Tymczasem Dominik z przyjaciółmi chciał uratować choć jedno końskie życie.

Udało im się zebrać pieniądze na dwa konie. Zaprzyjaźnionej organizacji na jeszcze jednego. Pojechali do gospodarstwa. Mężczyzna przyprowadził trzy półroczne źrebaki. Mimochodem rzucił, że ma jeszcze jedną sztukę. Poszli go obejrzeć. Kary źrebak był przerażony. Patrzył na nich czarnymi oczami. Drżał. W baraku było zimno. Uznali, że nie mogą go tak zostawić. – Zbierzemy pieniądze i weźmiemy od pana jeszcze tego źrebaczka. Tylko prosimy go nie sprzedawać – mówili. – Dobrze, dobrze – odparł mężczyzna.

Nie było łatwo, bo własne fundusze wydali już na poprzednie konie. Ale zebrali pieniądze. Kiedy dotarli do gospodarstwa, źrebaka już nie było. Pojechał z transportem do Włoch. – Już go dawno Włosi zjedli – rechotał mężczyzna. A Dominik do dziś nie może zapomnieć oczu tego konia. Kasztan i Tyszek, dwa, które wtedy uratowali, do dziś żyją w Przystani Ocalenie. Mają już 12 lat i to zaledwie połowa ich szczęśliwego życia. Każdego dnia przypominają mu tamtą historię.

Co można dać psu, mając sześć groszy?

Dominik Nawa swoją przygodę ze zwierzętami zaczął późno, bo wieku 22 lat. – Nigdy nie miałem zwierząt, ale zawsze o nich marzyłem. Chciałem mieć psa, ale rodzice byli niechętni. Może gdybym miał choć jednego, nie musiałbym teraz nadrabiać – śmieje się Nawa i dodaje: – Widać teraz odreagowuję ten brak zwierząt i mam ich bardzo dużo.

Jednak wrażliwość na ich cierpienie była w nim od zawsze. Któregoś dnia w piwnicy swojego bloku znalazł kociaki. Sąsiedzi chcieli się ich pozbyć. I tak trafił do społecznego schroniska w Tychach. – To był przypadek, który na zawsze zmienił moje życie – opowiada. – Nie miałem wtedy pojęcia, jaka jest sytuacja zwierząt w Polsce. Myślałem, że ktoś w schronisku tylko czeka, abym przyniósł jakieś zwierzątko, i zaraz mu pomoże. Było inaczej. Zobaczyłem betonowe baraki z cieknącym dachem. Gmina przeznaczyła teren dla 70 psów, a było ich tam prawie 300. Na dzienne wyżywienie psa przeznaczano sześć groszy, a wszystkimi zwierzętami zajmowało się pięć osób. To byli fantastyczni ludzie, wielcy społecznicy, ale bez środków. Co można dać psu, mając sześć groszy? Kiedy się tam zjawiłem, oczy każdego z nich wołały: „Weź mnie”. Chciałem pomóc. Na początek załatwiłem opał, a pracownicy schroniska pomogli mi znaleźć domy dla kotów. I tak się zaczęło. Przychodziłem, sprzątałem, wyprowadzałem psy. Prowadziłem dom tymczasowy.

Żadnego zwierzęcia nie można wykluczać z adopcji

Nim trafił do schroniska, Dominik Nawa miał normalne życie. Praca, kariera, planował założenie rodziny. Walka o zwierzęta tak go wciągnęła, że na rodzinę zabrakło czasu. – Jeśli cokolwiek poświęciłem, to właśnie to – mówi. – W schronisku była ciężko fizycznie pracowałem i nie miałem czasu na życie rodzinne. Jednak sprawiało mi przyjemność poznawanie charakteru zwierząt. Mieliśmy w schronisku psa, którego nikt nie chciał. Pogryzł kilka osób. Pewnego dnia przyjechał pan, który zamierzał go zaadoptować. Powiedziałem mu prawdę, że to zwierzak bardzo groźny i gryzie wszystkich, jak leci. Pan się uparł i go wziął. I co się okazało? Po dwóch tygodniach zaprosił mnie do siebie i ten pies był do rany przyłóż. Nie mogłem uwierzyć. Łagodny, przymilny. Po prostu musiał zmienić środowisko. Może mu przeszkadzała obecność innych psów lub dopiero teraz mógł być spokojny, bo poczuł, że do kogoś należy. Nauczyłem się, że nie można żadnego zwierzęcia wykluczać z adopcji. Odbierać mu nadziei.

Ze schroniska trafił do Nawy jego ukochany Piracik. Stracił oko za kratami, bo pogryzły go inne psy. Na kilka dni przyszedł do Dominika na tymczas i został na zawsze. Teraz jest suczka Łapa, która poza Dominikiem świata nie widzi. Gdzie Dominik – tam Łapa, a gdzie Łapa – tam Dominik. Również ona jest kaleką. Straciła w schronisku tylną łapę.

Dominik Nawa
fot. archiwum Dominika Nawy

Jeśli ktoś tu umiera, to dlatego że taka jest kolej rzeczy

Kiedy pojawiły się dwa pierwsze konie, powstała Przystań Ocalenie. – Brakowało schroniska dla dużych zwierząt. Postanowiliśmy to zmienić. Zaczęliśmy szukać terenu, na którym mogłyby spokojnie żyć. Chcieliśmy też mieć miejsce, do którego moglibyśmy zapraszać młodzież. Stworzyć centrum edukacji. Uwrażliwiać ludzi na potrzeby zwierząt. Znaleźliśmy zrujnowane gospodarstwo i tak powstała Przystań Ocalenie. To nasz największy sukces – podkreśla Dominik Nawa.

Przystań tętni życiem. Tu są szczęśliwi ludzie i zwierzęta. – Kiedy wstaje dzień i konie zaczynają rżeć, krowy ryczeć, a psy szczekać, to wiesz, że wszystko funkcjonuje tak, jak powinno – tłumaczy Dominik Nawa. – Zwierzęta są szczęśliwe. Nikt tu nikogo nie zjada. A jeśli ktoś tu umiera, to dlatego że taka jest kolej rzeczy. Bo jedno życie się kończy, a inne się zaczyna. Dziś w nocy zmarła kobyłka Andżela, miała 36 lat. Ale to była szczęśliwa istota. Gdyby przeliczyć końskie lata na ludzkie, miała ich około 90. Była koniem państwowym i ciężko pracowała w parku. Przekazano ją nam na emeryturę. Do końca życia miała tak dobrą kondycję, że mówiliśmy: „Dla Andżeli czas się zatrzymał”. Dziś serce stwierdziło, że to już koniec. Tak powinny umierać zwierzęta, a nie w transportach czy w rzeźni.

Jak wybrać konia, któremu uratują życie?

Od wielu lat Dominik Nawa razem ze znajomymi ze stowarzyszenia jeździ na targ zwierząt w Bodzentynie. Sposób traktowania zwierząt nie zmienił się wiele od czasu ich pierwszej wizyty. Ciągle słychać krzyk koni i można zobaczyć, jak płyną im z oczu łzy. – I wybory ciągle pozostają te same, choć trzeba było się zahartować – mówi Nawa. Kiedy uzbierają pieniądze, jadą na targ kupić konia. Jednego! Jak wybrać tego, któremu uratują życie? Te interwencje dla Dominika Nawy są najtrudniejsze.

Czasami zdarzają się cuda. Tak było w wypadku koni Stevena, który głodził kilkanaście zwierząt. Ratowali je tygodniami, bo były w potwornym stanie. Wychudzone, zmarznięte, nie miały siły się podnieść. – Podaliśmy im tysiące litrów kroplówek, masowaliśmy i tylko trzy nam padły – opowiada.

Albo losy Borutki. Jałówka Borutka uciekła z rzeźni i trafiła do Przystani Ocalenie. Powiatowy lekarz weterynarii z Suwałk zdecydował jednak, że krowa, choć uciekła, i tak musi zostać zabita. Bo prawo mówi, że nie może opuścić ubojni żywa. – Borutka jest dowodem na zmiany, które zachodzą w społeczeństwie – mówi Dominik Nawa. – Gdyby nie listy poparcia od ludzi, to prawdopodobnie byśmy jej nie uratowali. Polacy uznali widać, że skoro krowa chciała żyć i uciekła spod noża, to można dać jej szansę.

Cierpienie nikomu nie smakuje

Dominik Nawa od ponad 10 lat jest wegetarianinem, ale nie namawia ludzi do tego, żeby nie jedli mięsa. – Chcę tylko, aby każdy wiedział, w jakich warunkach hoduje się zwierzęta. I że zwierzę, zanim stało się kiełbasą, miało uczucia, cierpiało, bało się. Bo wypieramy to ze świadomości. Udajemy, że kiełbasa rośnie na drzewie. Kiedyś widziałem w telewizji program, w którym aktor przebrany za rzeźnika zachęcał przed sklepem do kupna kiełbasy. Ludzie się zatrzymywali, degustowali, chwalili smak. Aktor podkreślał, że jest świeża i pyszna. A gdy ktoś chciał ją kupić, szedł na wybieg z maleńkimi świnkami, brał jedną, wkładał do specjalnej skrzyni i „robił” z niej kiełbasę. Przy ogłuszającym wrzasku oderwanej od matki świnki, kręcił młynkiem i ze skrzyni wychodziła kiełbasa. W rzeczywistości pod stołem ktoś zabierał zwierzę i podawał kiełbasę kupioną w sklepie. Reakcja widzów była zaskakująca. Nawet ci, którzy wiedzieli, że to tylko sztuczka, wypluwali mięso. Nie mogli go przełknąć. Okazało się, że cierpienie nikomu nie smakuje.

Dominik Nawa uważa, że od zwierząt nauczył się bardzo wiele. Choćby tego, że są wrażliwsze od ludzi. Nie zabijają dla zabawy, dla trofeum czy dla jakieś idei. I że mają ogromną siłę przetrwania. – One bardzo, ale to bardzo chcą żyć. Podobnie jak my – mówi.

Autor: Konrad Piskała