Wywiad z Urszulą Dudziak

Hurra! Gwiżdżę na psa – wywiad z Urszulą Dudziak

O psie z lasu, który otwiera sobie drzwi i jest koneserem kociokwików – opowiada Urszula Dudziak.

Fragment wywiadu z magazynu „Mój Pies i Kot” nr 8(26)/2017Z Urszulą Dudziak rozmawia Paulina Król.

Na ziemiance w lesie siedzi Budda… Mała kulka o czarnej sierści z brązowymi i białymi łatkami. Merda ogonkiem i łasi się do dwóch wędrowców. Ula i Boguś głaszczą jego gęstą sierść. Rusza za nimi, nie odstępując ich na krok. Karmiczny krąg się domyka.

Budda Jaco wybrał swoją rodzinę – zapisał narzeczony Uli Dudziak w lutym zeszłego roku. Chodzili po wiosce od domu do domu, pytając, czyj to pies, ale nikt się do niego nie przyznawał. Był słaby. Z sierści Ula wyłuskała mu ze 20 kleszczy. Postanowili od razu wrócić do Warszawy i pojechać do weterynarza. Diagnoza: babeszjoza. Trzymiesięcznego szczeniaka uratowali w ostatniej chwili. Przygarnęli go i są przeszczęśliwi.

Wywiad z Urszulą Dudziak - pies Jaco
fot. Celestyna Król

Przez siedem lat nie miałaś swojego czworonoga.

Dużo podróżujemy, a poza tym często jesteśmy domem zastępczym dla Małpeliny, suczki mojej córki Miki. Mnie wystarczało, że czasami opiekowałam się Małpeliną. Kiedy poznałam Bogusia, poczułam, że zbudujemy dom i że w naszym życiu będzie pies, przynajmniej jeden. I tak sobie myśleliśmy, że skoro tak świetnie się dobraliśmy i tak nam razem dobrze, to szkoda, że nie spotkaliśmy się wcześniej i nie mamy dzieci.

Niedawno w klubie jazzowym koleżanka zażartowała, że słyszała, iż jestem w ciąży. Śmiejąc się, odpowiedziałam, że już urodziłam i… mam pieska. Przygarnięty, cudowny Jaco (czyt. Dżako) jest naturalnym dopełnieniem naszego związku. Poza tym wyznaję zasadę mojej mamy, która mówiła, że prawdziwy dom jest dopiero wtedy, kiedy jest w nim muzyka – najlepiej pianino – książki i pies.

Małpelina potrafi grać na gitarze, a co umie Jaco?

Małpelina długo mieszkała ze mną, aż Mika się wyprowadziła siedem lat temu. Dzisiaj nasza 14-letnia suczka jest schorowana, miała nowotwór, przeszła operację, źle widzi, niedosłyszy, jest staruszką, ale Mika robi wszystko, żeby jej przedłużyć życie. To bardzo mądry psiak. Na przykład gra na gitarze: opiera się brzuszkiem o kanapę i przednimi łapkami szarpie rytmicznie struny, a ja tylko zmieniam akordy. Kiedyś bawiła się ze mną tak, że przynosiła suchy przysmak, kładła mi na nodze i wymieniała go na kąsek z mojego talerza. Jaco jest świetnym pływakiem, uwielbia aportować kije ze stawu.

Nauczył się też otwierać drzwi: jedną łapką naciska klamkę, a drugą je popycha. Boguś za każdym razem go pyta, kto teraz zamknie drzwi. Nawet chodził na czworakach i nosem dotykał drzwi, ale Jaco jeszcze się tego nie nauczył. Wierzymy, że to kwestia czasu. On jest bardzo mądry i uważnie słucha, kiedy z nim rozmawiamy. Wystarczy, że zapytam, gdzie jest Boguś, i już nadstawia uszu. Myślę, że wkrótce pobiegnie na pole, szczeknie i Bogusia przyprowadzi.

Z psem trzeba rozmawiać i uważać, co się mówi. Pamiętam, jak długo miałam w głowie słowa nauczyciela, który mówił: „ty tumanie”, i jak trudno było się pozbyć spowodowanych tym kompleksów. Tak samo pies – istota czująca – wyzywany czy słuchający niemiłych słów, może wpaść w traumę, która się odbije na jego zachowaniu.

Gdy ćwiczyłaś struny głosowe, to Małpelina śpiewała z Tobą. Jak reaguje Jaco?

Struny głosowe trzeba ćwiczyć tak jak mięśnie ciała. Czasem sto razy powtarzam tę samą piosenkę. Małpelina zawsze wyła, to znaczy śpiewała ze mną. Jaco, który imię zawdzięcza mojemu przyjacielowi, gitarzyście basowemu Jacowi Pastoriusowi, jest koneserem muzyki.

Przygląda mi się, czasem zdziwiony, że coś mu nie gra. Przysłuchuje się, co ja wyprawiam, jak kiedyś w domu rodzinnym mój tata, który błagał, żebym zaśpiewała coś normalnego, a nie te kociokwiki. Tata w końcu to polubił i Jaco raczej też to lubi, bo w przeciwnym razie pewnie by uciekł. Rośnie mi wierny fan. Wyje tylko wtedy, kiedy zostaje ze mną sam, bo bardzo tęskni za swoim panem. Muszę wtedy go tulić, czasem puszczam mu muzykę, żeby się uspokoił.

Jestem nawet trochę zazdrosna, że mnie mniej kocha, ale Boguś najbardziej zwariował na jego punkcie. Jest świetnym kucharzem, więc i dla Jaco kupuje w Sielcach żołądki, kurze łapki, które mu gotuje, bo jak twierdzi, kolagen jest bardzo psu potrzebny. Kiedy Boguś wraca, to Jaco szaleje z radości. Mimo że ma eleganckie posłanka, to w nocy najchętniej śpi pod naszym łóżkiem, zawsze po stronie Bogusia, tam czuje się bezpieczny.

Ubóstwia też jeździć z nami samochodem, do którego często wskakuje, gdy tylko zostawimy otwarty, i może tam czekać godzinami. Gdy już jedziemy, to stawia przednie łapy na oparciu i patrzy raz na mnie, raz na Bogusia, szczęśliwy, że są wszyscy.

Dom na wsi to raj dla psa. Planujecie więcej zwierzaków?

Na razie często zabieramy tu Małpelinę. Jaco i ona bardzo się kochają. Jacuś dodaje jej energii i chęci do życia. Mimo krótkich nóżek Małpi dostaje wigoru i biega z nim jak szalona. Warunki są tu idealne i choć to spokojne miejsce, chcielibyśmy mieć przynajmniej jeszcze jednego psa, najlepiej małego, który będzie pierwszy szczekać, gdyby pojawił się intruz. Na wsi trzeba też mieć kota, żeby łowił myszy.

Twoja historia z psami zaczęła się już w podstawówce.

Chodziłam do szkoły w Zielonej Górze. Pewnego dnia tatuś przyniósł malutkiego biało-czarnego pieska i mówi do mamusi: Gołąbeczku, mój pracownik wyjeżdża na wakacje i prosił, żeby się zająć jego pieskiem. Nazywał się Laluś. Mama dorabiała szyciem, a on siadał jej na kolanach spragniony pieszczot. Gdy zaczynała szyć, to mordką ją trącał, że chce jeszcze. Po miesiącu tatuś z pokorą się przyznał, że wziął tego psa dla nas. I tak Laluś stał się częścią naszej rodziny. Niestety zginął tragicznie, bo zjadł trutkę na szczury i nie było dla niego ratunku. Strasznie wszyscy płakaliśmy, bo byliśmy do niego bardzo przywiązani.

Już w Nowym Jorku dostałam chihuahuę. Miał na imię Buźki, ale nazywaliśmy go Barakuda, bo to był podstępny pies. Kochaliśmy go do bólu, ale był nieprzewidywalny i przez to niezwykły. Przede wszystkim nie można go było oduczyć obsikiwania wszystkiego, co wisiało. Gdziekolwiek wchodził, od razu podnosił nóżkę do góry i sikał na zasłony. Sprawiał mi tym wiele kłopotów, bo wszędzie z nim podróżowałam i nie mogłam go zostawiać w hotelu.

Lubił też siadać mi na ramieniu jak papuga i gdy ktoś do mnie podchodził i chciał go pogłaskać, to szczerzył zęby i warczał. Ale tylko straszył. Żył 18 lat i odszedł tak niezwykle, jak niezwykły był. Już schorowany pewnego dnia usiadł na stopie mojego byłego męża Benghta i zasnął na zawsze. Bez cierpienia.

Wywiad z Urszulą Dudziak
fot. Celestyna Król

W dniu św. Franciszka wspominamy zwierzaki, które odeszły. Trudno pożegnać psa?

Wszystkie pożegnania z członkami rodziny są traumatycznymi przeżyciami, tak samo jest z psem. Przygotowuję na odejście Małpeliny Mikę, ale do niej w ogóle nie dociera, że czas zwierząt jest ograniczony. Muszę też przyznać, że nienawidzę słowa „zdechł”, dlatego o zwierzętach mówię, że odeszły lub umarły.

Bardzo się troszczę o Jacusia i nie chciałabym, żeby cokolwiek mu się przytrafiło. Boguś twierdzi, że jestem wręcz nadopiekuńcza. Ale taka już jestem. Moim małym córkom w zimne dni, żeby je zachęcić do wstania, podgrzewałam skarpetki na grzejniku. Dzisiaj nawet, zamiast kupować gwizdek, dla Jacusia nauczyłam się gwizdać na palcach, co nie było łatwe. Spryciarz tylko czeka, kiedy otwiera się brama i zaraz chce czmychnąć.

Na wsi bywa różnie, ktoś może go pogonić kamieniami, czasem, choć przyznaję rzadko, przejeżdża jakiś samochód. Kiedy więc gwizdnę, on staje jak słup soli, na drugie gwizdnięcie potulnie wraca na posesję. Chyba w moim głosie jest jakaś tajemna siła.

O sobie mówisz, że jesteś zwierzęciem estradowym i tenisowym. A gdybyś mogła być prawdziwym zwierzęciem, to byłby to…

Chyba jednak pies, bo jest wielowymiarowy, najbliższy mojej duszy. Pies daje pozytywną energię, uzdrawia. Stajemy się lepsi, bardziej wrażliwi, a te cechy są mi bliskie. Uważam, że miarą dobrego życia jest dobroć. Dla ludzi i dla zwierząt.

Urszula Dudziak – wybitna wokalistka jazzowa, kompozytorka, koncertowała we wszystkich krajach Europy, Azji i obu Ameryk. Jest laureatką Złotego Fryderyka za całokształt osiągnięć artystycznych. Jej piosenka „Papaya” w 2007 roku stała się przebojem w Azji i Ameryce Południowej.

Autor: Paulina Król
Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników