Portrety z sercem: serce w kawałkach – wywiad z Izabellą Szolginią


Od najwcześniejszych lat rysowała zwierzęta. Psy, koty. Z ludźmi lub bez. Pisała o nich wierszyki. Pamięta jeden, który wymyśliła, mając sześć lat : „Pokłóciły się cztery mopsy o trzy klopsy. Tak się kłócąc, zapomniały, że je wszystkie w brzuchach miały”.

A to dlatego, że zwierzęta były w jej domu od zawsze. Choćby koty: Mačka (po słowacku kot) i Śnieżka – biała gadająca. Kochała ją tak bardzo, że kiedy zniknęła, rodzice nie powiedzieli jej, że kotka nie żyje. O tym, że wpadła pod samochód, dowiedziała się, gdy była dorosła. Miała też psy: boksery, owczarka, sznaucera, teriera. – Mieszkały w domu i ogrodzie. Były rozpieszczone, bo nikt nie miał wtedy pojęcia o behawioryzmie – mówi Izabella Szolginia, dyrektor Schroniska dla Zwierząt w Bydgoszczy.

Pewnego dnia zrozumiała, że nie wszystkie zwierzęta są szczęśliwe. – Szłam z mamą do liceum. To było w Świeciu. Nagle zza rogu wybiegł pies, trochę większy niż ratlerek, z wybałuszonymi ze strachu oczyma. Gonił go jakiś człowiek z pętlą. Powiedziałam: „Mamo, poczekaj”, i zagnałam zwierzę na jakieś podwórze. Mężczyźnie powiedziałam, że to mój pies. Hycel poszedł. To wydarzenie zapadło mi w pamięć. Wtedy jeszcze miałam mizerną wiedzę na temat losu zwierząt, ale zrozumiałam, że coś w tym świecie jest nie w porządku.

Bolał mnie żołądek

Później Izabella Szolginia skończyła zootechnikę i trafiła do bydgoskiego oddziału puławskiego Państwowego Instytutu Weterynaryjnego. Po 10 latach zaproponowano jej pracę w bydgoskim schronisku. Stanowisko jego dyrektorki zdeterminowało jej życie. Było to w 1990 r. Jednak zanim się zdecydowała, poszła zobaczyć nowe miejsce pracy. Schronisko mieściło się w baraku na pustkowiu. Udawała klientkę.

– Zapytałam jakąś pracownicę, gdzie są szczenięta. Usłyszałam nieartykułowane „yyyyy…” i ujrzałam nieokreślony gest ręką. Kobieta była w fartuchu tak brudnym, że mógłby sam stać. Zastałam w schronisku sześć boksów pełnych psów. Siedziały na klepisku w odchodach za zardzewiałymi kratami. Ale najgorsze, co mnie tam mogło spotkać, to byli pracownicy. Wiedziałam, że coś trzeba z tym zrobić, ale włączył się we mnie lęk przed tymi ludźmi. Zastanawiałam się, czy sobie z nimi poradzę. Potem pomyślałam o tym klepisku, odchodach, brudzie i zdecydowałam, że nie chcę tak tych zwierząt zostawić. Przyszłam następnego dnia do pracy już jako kierowniczka. Przez drzwi usłyszałam, że im ta „K… z ulicy rozkazywać nie będzie”. Weszłam i powiedziałam: „Proszę państwa, k… nie k…, ale psami zająć się trzeba”. Poprosiłam, aby lekarz weterynarii zbadał zwierzęta. Okazało się, że wielu nie da się już uratować. Pracownicy liczyli, że się złamię i zrezygnuję. Byłam zestresowana, codziennie bolał mnie żołądek, ale nie odeszłam – wspomina.

Wyleczyć duszę

Została i w dwa lata udało jej się dokończyć rozpoczętą kiedyś budowę schroniska. Zatrudniła nową załogę. Przekształcono placówkę ze schroniska TOZ-u w jednostkę budżetową miasta Bydgoszczy. Wtedy było to jedno z nowocześniejszych takich miejsc w Polsce. Nie tyle jednak chodzi o infrastrukturę, co o działania ludzi. W 1995 r. Szolginia zwiedziła pięć schronisk w pobliżu Londynu. Sfotografowała wiele rozwiązań technicznych. Wrażenie zrobiła na niej dostępność schroniska dla niepełnosprawnych. Poza tym w czasach, gdy w Polsce nikt nie mówił jeszcze wiele o energii odnawialnej, tam były już wiatraki i ogniwa solarne.

– Marzę, żeby mieć schroniskowy wiatrak. I ciepłą wodę z ogniw solarnych – mówi i dodaje: – Jednak najważniejsze jest to, czy zwierzęta są szczęśliwe. A to zależy od ludzi. I nie tylko od pracowników schroniska. Chcę, żeby powiedzenie: „Im bardziej poznaję ludzi, tym bardziej kocham zwierzęta”, poszło w niepamięć. Bo ludzie potrafią być wspaniali – mówi z przekonaniem. – Wiele osób przychodzi tu, aby wyleczyć duszę miłością do zwierząt. My to wykorzystujemy. Mamy skazanych z zakładu karnego w Potulicach, którzy opiekując się psami, na powrót czują, że „są”. Są przez duże S. Nasi liczni wolontariusze obdarzają zwierzęta wielką bezinteresowną miłością i opieką. Szkolą też psy w ramach programu „Lira”, otwierają nie tylko psie serca, ale i umysły.

Tu jest pomocna dłoń

Schronisko w Bydgoszczy to szczególna „przystań ratunkowa”, bo pomaga nie tylko zwierzętom, ale i ludziom. Bywa, że trafiają tu osoby w trudnej sytuacji życiowej. I… znajdują pomoc. – Zapobiegamy czasem tragediom. W niektórych ludziach jest tyle żalu i nieszczęścia, że nie są w stanie ich unieść. Przychodzą do nas osoby z chorobą alkoholową, które zostawiły psy przywiązane do płotu. Po wyjściu z izby wytrzeźwień ktoś taki szuka swego przyjaciela i trafia do naszego biura. Czasem udaje się skierować go na leczenie – tłumaczy Szolginia. – Mam kontakt z Bydgoskim Ośrodkiem Rehabiltacji Terapii Uzależnień i Profilaktyki (BORPA). W przeciwieństwie do terapeutów mogę być wobec osób uzależnionych nieco obcesowa. Mówię: „Chcesz, to giń sobie pan! Mnie to może i nie obchodzi, ale tu jest deska ratunkowa. Może pan skorzystać albo nie! Tam mogą pomóc”. I daję wizytówkę poradni.

Izabella Szolginia otrzymała tytuł Profilaktyka Roku, ale uważa, że to głównie zasługa wspaniałych zwierząt. – Nie ma szczęśliwego psa bez szczęśliwego człowieka – podkreśla i opowiada: – Zgłosiła się do nas pani, która musiała oddać szczenię i kocię. Życie jej się z dnia na dzień posypało. Wiedziałam, że ma dzieci i zwierzętom nigdzie nie będzie tak dobrze, jak w tej kochającej się rodzinie. Nie mieli gdzie mieszkać. Dałam pani numer telefonu do ośrodka pomocy i obiecałam przetrzymać zwierzęta, póki nie będzie mogła ich zabrać. Wróciła, gdy mieli dach nad głową, i wzięła je.

Pokiereszowana łapa

– Nasze zwierzęta są cudowne – mówi Izabella Szolginia. – Choćby wilczyca Aza, która została stąd adoptowana i nauczyła się informować matkę o zbliżających się atakach padaczki u dziecka. Sama z siebie, bez szkolenia. Po prostu z miłości do człowieka. Rodzina przeżywała tragedię, gdy Aza zmarła ze starości – nie można było jej żadnym innym zwierzakiem zastąpić. Bo są psy nie do zastąpienia.

Bydgoskie schronisko jest pełne takich psów. – Aksel był mieszańcem cocker spaniela. Któregoś sobotniego wieczoru przyniesiono go z pokiereszowaną łapą. Lekarz stwierdził, że zostanie pewnie amputowana. Jednak postanowiono Aksela leczyć. Musiał biedak leżeć rozpięty w skrzynce do owoców, aby mu się ta łapa od wewnątrz zagoiła. Długo było widać kość i ścięgna, więc pracownicy schroniska zastanawiali się, czy nie zrobić mu skarpety w paski, aby wyglądał estetyczniej. Minęły długie miesiące i Aksel zaczął chodzić. Najpierw na trzech, potem na czterech łapach. A historia zatoczyła koło. Kiedy Aksela pokazano w programie telewizyjnym, znaleźli się właściciele, którym się zgubił. To był cud wyzdrowienia i cud ocalenia – opowiada dyrektorka.

Ogony bezpieczne przy drodze

– O losie zwierząt często decyduje kultura – zauważa Szolginia i opowiada historię z innego kontynentu. Właśnie wróciła z Indii i to, co tam widziała, wyraźnie kontrastuje z tym, co się dzieje na Ukrainie, gdzie przed Euro 2012 masowo zabija się bezdomne czworonogi.

– W Indiach obserwowałam uliczne psy. Jestem zbudowana tym, jak sobie z nimi poradziła niewielka prowincja Goa. Tam psy się sterylizuje i wypuszcza na wolność. Można by pomyśleć, że tworzą watahy, które biegają, szczekają i atakują ludzi. Nic podobnego, one nie gryzą się między sobą, a nawet rzadko szczekają. Bawią się z ludźmi plastikowymi butelkami i piłeczkami. Niekiedy dają się nawet pogłaskać. Śpią przy ulicy, a kierowcy samochodów uważają, żeby ich nie przejechać. Według mnie taki stosunek do zwierząt to efekt kultury. Bo przecież nie edukacji, skoro około 60 proc. tamtejszej populacji to ludzie niepiśmienni – tłumaczy i dodaje: – Nie mogłam wyjść z podziwu, gdy się dowiedziałam, że w hinduskiej przysiędze małżeńskiej jest zdanie o tym, że żona będzie nie tylko wierna mężowi, ale i… dobra dla zwierząt.

Otworzyć umierające serce

Izabella Szolginia mówi, że musi mieć serce w 350 kawałkach dla psów oraz w 80 dla kotów. Bo tyle ich jest w schronisku. Najważniejsza jest dla niej empatia. Stara się patrzeć na to miejsce oczami obcych. Wtedy lepiej można zobaczyć, co jest jeszcze do zrobienia. A w schronisku zawsze jest coś do zrobienia. – Najtrudniejsze w tej pracy jest to, że zwierzęta odchodzą. Można opanować mechanizm oczyszczania psychiki ze stresu, ale ja noszę te smutki w sobie. Zeszły rok kosztował mnie dużo łez. Także tych prywatnych. Umarł mój 16-letni kot wzięty ze schroniska. Jestem szczęśliwa, że podarował mi tyle lat ze swojego kociego życia. Pożegnałam też dwa własne psy. Jest mi czasem bardzo ciężko, lecz pracy wśród zwierząt nie zamieniłabym na żadną inną.

Szolginia odwiedza czasem second-handy. Nie tylko po to, aby kupować ciuchy, ale i po to, by oglądać i dotykać ubrania. Bierze bluzkę w rękę i wyobraża sobie, kto ją nosił. Co myślał, co czuł. Niedawno spotkała starszą panią, która przymierzała czarną bluzkę, i zapytała, czy będzie jej w niej ładnie. Pani Izabella powiedziała, że tak. – Tylko trzeba przypiąć broszkę – dodała. Kobieta odparła: – Jaką broszkę?! Mąż mi umarł, jestem w żałobie.

Pani Iza, niewiele myśląc, zaprosiła ją do schroniska. – Nikt nie zastąpi kochanej osoby. Jeśli jednak komuś serce umiera, to trzeba się otworzyć na innych – tłumaczyła. Rozstały się.

– Przyjdzie? – pytam.

– Tak. Wierzę, że do nas trafi.

Autor: Konrad Piskała