Jan Kuroń – dlaczego przygarnia bezdomne zwierzęta?


Panie, prowadź – ledwie zdążył powiedzieć odwiedzający nas po kolędzie ksiądz, kiedy między furtką a drzwiami wejściowymi do domu wyrósł mu nagle pod nogami wielki owczarek kaukaski. Iwan nie znał księdza, ale doskonale wyczuwał ludzi i dlatego spokojnie odprowadził gościa do drzwi.

To był mój pierwszy i najinteligentniejszy przygarnięty pies, który trafił do nas pocztą pantoflową. Mój ojciec Maciej zawsze marzył o dużym psie, ale dopiero kiedy przenieśliśmy się z małego mieszkania do domku w Izabelinie, stało się to możliwe. Dla pierwszego opiekuna Iwan okazał się za duży, a kiedy na spacerze pociągnął swoją panią i złamał jej rękę, postanowili go oddać.

Zaadaptował się u nas szybko, a najbardziej pokochał tatę, który zabierał go na kilkugodzinne spacery do Puszczy Kampinoskiej. Niestety, jakiś zły człowiek wrzucił do ogrodu trutkę na szczury, a Iwan ją zjadł i zmarł. W zeszłym roku za Tęczowy Most odeszła też 12-letnia Zaraza, zostawiona u nas przez górali, którzy chcieli na niej zarobić, ale im nie wyszło. Zaraza – choć znacząco zredukowała moje buty do gry w kosza – była słodka i lubiła się bawić z dziećmi jak szczeniak. Tylko kiedy przyjeżdżała śmieciarka, to broniła naszych śmieci jak niepodległości.

Na kanapie leżał pies…

Następna była suczka Szakal – nigdy nie spotkałem psa, który byłby tak zdeterminowany, aby poprawić swój byt. Historia z Szakal – choć nieprawdopodobna – wydarzyła się naprawdę. Kiedyś rodzina wyjechała na wakacje, a ja, 17-latek, zostałem w domu. Gdy pewnego dnia zszedłem do salonu, na kanapie leżał pies, którego widziałem pierwszy raz w życiu.

Z trudem wyprowadziłem go za furtkę i wróciłem do domu. W salonie na kanapie leżał ten sam pies. Wyprowadziłem go raz jeszcze. Wróciłem i… znowu zastałem tego samego psa na kanapie. Kiedy sytuacja powtórzyła się po raz trzeci, dałem za wygraną. Uznałem, że widocznie los chce, aby suczka (jak się okazało) dołączyła do naszego stada. Szakal była strasznie pokiereszowana psychicznie i fizycznie. Na ciele miała liczne, głębokie bruzdy, chyba po biciu kablem. Doszła do siebie dopiero po trzech latach. A ja jeszcze później odkryłem, w jaki sposób wchodziła do domu. Otóż w piwnicy było małe okienko, pod którym stała pralka. I to okienko było uchylone.

Zamiast grzybów znaleźliśmy psa

Jednak to nie Szakal, a biała puchata Miniacz była w domu rodzinnym najbardziej moim psem, bo kiedy źle się czuła albo bała się burzy, przychodziła do mojego pokoju i kładła się blisko mnie. To jednak nie koniec rodzinnych przygarnięć. Poszliśmy kiedyś z Kubą, moim bratem, do lasu i zamiast grzybów znaleźliśmy psa w typie PON-a.

Niestety wielu warszawiaków upatrzyło sobie Izabelin na miejsce porzucania swoich pupili. Toffi siedział na parkingu i wypatrywał swego pana. Ruszył za nami i szedł tak aż do domu. Kuba poczęstował go paluszkami i tym gestem przypieczętował naszą przyjaźń. Toffi jest największą przylepą w stadzie. Potrafi tak ułożyć się do snu, żeby jak największa powierzchnia jego ciała stykała się z człowiekiem.

„Proszę, nic mi nie rób”

Od roku mieszkam z moją narzeczoną Anetą w Warszawie i naszym pierwszym warszawskim zwierzęciem jest suczka w typie cavalier king charles spaniela Gapa. Jej zdjęcie zamieścił na Facebooku znajomy działający w fundacji ratującej psy z pseudohodowli. Kiedy ją zobaczyliśmy, od razu wiedzieliśmy, że to będzie nasz pies. Gapa ma około pięciu lat i sądząc po sutkach, rodziła wielokrotnie w fabryce psów, z której ją odratowano.

Na początku była tak znerwicowana, że gdy w sąsiednim pokoju spadła książka, uciekała w najdalszy kąt. Boi się też bardzo mężczyzn. Choć jest z nami od siedmiu miesięcy, to wciąż nie mogę do niej podchodzić wyprostowany, bo od razu podnosi łapkę w geście: „proszę, nic mi nie rób”. Ale są już postępy. Jakże się cieszyłem, kiedy pierwszy raz przyszła do mnie do łóżka, by się przytulić. Poradziliśmy też sobie z problemami żywieniowymi. Jak wiele źle żywionych psów z pseudohodowli chciała jeść wszystko, ale niestety większość potraw jej szkodziła. Podszedłem więc do sprawy, jak na kucharza przystało, i zastosowałem lekkostrawną dietę, w której 60 proc. to drób lub łosoś, 20 proc. – brązowy ryż (powoduje wydzielanie serotoniny ułatwiającej pokonywanie strachu), a 20 proc. – starta marchewka, i czasem oliwa z pestek dyni, jogurt i serek wiejski.

Chcieliśmy sprawić Gapie towarzyszkę i wzięliśmy cavalierkę – też z interwencji. Trudno uwierzyć, że ludzie dopuszczają się czegoś takiego, ale Figa mieszkała w chlewiku. Przez trzy godziny zmywaliśmy z niej błoto i odchody. Niestety, choć okazała się wesołym pieskiem, to na Gapę wpływała destrukcyjnie. Znaleźliśmy jej więc inny dom. Mieszka w posiadłości z ogrodem i ma się świetnie. A ja wierzę, że z czasem uda nam się sprawić, że Gapa zapomni o przejściach i dojrzeje do życia z pobratymcem, a nam się uda pomóc jeszcze jednemu psu w potrzebie.

kucharz Jan Kuroń, syn Macieja, wnuk Jacka

wysłuchała Paulina Król