Karolina Wajda – dlaczego przygarnia bezdomne zwierzęta?


A ty siej, a nuż coś wyrośnie. A ty – to, co wyrośnie – zbieraj. A ty czcij – co żyje radośnie. A ty szanuj to, co umiera” – ten refren pięknej piosenki Jacka Kaczmarskiego „Niech” określa mój stosunek do otaczającego mnie świata przyrody.

Jechałam kiedyś z przyjacielem przez las i w ciemności pod koła wbiegł nam kot. Niestety potrącenie było śmiertelne. Dojechaliśmy do domu i poprosiłam go, żeby wrócił i pochował kota, bo to jego obowiązek. Przyjechał z tego nocnego pochówku i powiedział, że bardzo mu to pomogło, że tym gestem pogodził się ze swoim czynem.

Uważam, że nie można pozostawiać zwierzęcia samego, kiedy zostało potrącone przez samochód, jest chore czy umiera. To naturalne, ale należy pamiętać, że robimy to przede wszystkim dla siebie. Do dziś mam przed oczami kotka, który siedział otępiały przy jezdni, a ja nie mogłam się zatrzymać, żeby mu pomóc, bo na trasie bez pobocza tir mógł wjechać w przyczepę i zmiażdżyć moje konie, z którymi podróżowałam.

Nigdy nie przechodzę obojętnie obok potrzebujących zwierząt. W zeszłym roku między pasami ruchu na obwodnicy Radzymina zobaczyłam psa leżącego w kałuży krwi. Wyglądało, że nie przeżyje, bo był strasznie poturbowany. Uznałam jednak, że nawet jeśli miałby umrzeć, to niech się to stanie w ciepłym samochodzie. Szczęśliwie po interwencji chirurga udało się go uratować. Pobre (po hiszpańsku „biedny”) vel Ślepotek, mieszaniec amstafa po prostu bardzo chciał żyć. Stracił co prawda wzrok, bo w wyniku silnego uderzenia oderwała mu się siatkówka, ale doskonale sobie radzi, korzystając z pomocy innych psów z mojego stada.

Przyjaciółka od serca

Moje pierwsze psy były kundelkami, w młodości kupowałam psy rasowe, ale od jakiegoś czasu głównie przygarniam czworonogi w potrzebie. A zaczęło się od Luli. Mój serdeczny przyjaciel oprócz tego, że ma 12 psów, ma też niesłychany dar przekonywania, który graniczy z tyranią. Kiedy więc opowiedział o suce, której grozi uśpienie, bo ma zranione oko, obiecałam przynajmniej ją zobaczyć.

Bałam się bardzo, ponieważ okazało się, że to dog kanaryjski zaliczany do ras bojowych, a u mnie mieszkało już kilka psów, były też kury, koty i konie. Dziewięciomiesięczna sunia wybiegła przestraszona i trafiła prosto w moje ramiona już na zawsze. Mimo wysiłków dr. Jacka Garncarza oka nie udało się uratować. Na początku wyglądała jak terminator, bo tęczówka przybierała różne kształty i kolory. Przez pierwszy rok czuła się niepewnie. Kiedy wyjeżdżałam, roznosiła po domu rzeczy powyciągane z szafek, ale gdy już poczuła się bezpiecznie, czekała na mnie spokojnie. Robiła obchód obejścia albo wygrzewała się w słońcu. Była mądrym i wrażliwym psem, moją najlepszą przyjaciółką. Rozumiałyśmy się doskonale bez komend, wystarczyło, że do niej mówiłam albo spojrzałam. Nie tylko wspaniale komunikowała się z ludźmi, ale szanowała też słabsze, mniejsze i delikatniejsze stworzenia.

Zgodne stadko

Do Luli dołączył Pero, także dog kanaryjski. Ktoś go przywiązał do drzewa. Ze złamaną łapką trafił do przytuliska „Zwierzęta Eulalii” należącego do mojej przyjaciółki, ale był tam agresywny wobec innych psów. U nas zaakceptował hierarchię i nie sprawia kłopotów. Pokochali się z Lulą od razu. Po jej śmierci zupełnie stracił chęć do życia, więc postanowiliśmy znaleźć mu towarzyszkę i zamienić naszą żałobę we wspomnienia. Tak trafiły do nas dwie suczki w typie doga kanaryjskiego.

Mam też owczarka niemieckiego, którego właścicielka musiała oddać po śmierci męża, kiedy przeniosła się ze wsi do miasta. A sześć lat temu przygarnęłam pięknego kaukaza, który miał być uśpiony, ponieważ rzucił się na właściciela. To była odważna decyzja, ale poznałam już schematy psich zachowań i wiem mniej więcej, kiedy oraz dlaczego się atakują, i wydaje mi się, że potrafię nad tym zapanować. Nasze dogi kanaryjskie chodzą po podwórku z kotami i kurami i pozwalają sobie wydziobywać jedzenie z misek. Wiedzą, że w tym królestwie rządzimy my i że więksi muszą szanować mniejszych.

Kiedyś przywiozłam do domu sześciotygodniowego kurczaka, który uciekł z transportu brojlerów na trasie toruńskiej. Dołączył do ozdobnych kur w naszym kurniku. Był w stosunku do nich olbrzymem o okazałej piersi i grubych udach, ale w jego ciele tkwiło serce kurczaczka. Znalazłam go wieczorem usadowionego pod trzy razy mniejszą kwoką, którą wybrał sobie na mamę zastępczą. Innym razem przed Wielkanocą zamiast piec pasztet przywiozłam z targu trzy żywe kury i dwie gąski. Podarowałam im trochę życia wśród mojego zwierzyńca, bo przecież były przeznaczone na jakiś stół. Śmiesznie się stroszyły, kiedy zobaczyły nasze piękne koguty. Możność przyglądania się ocalonym, szczęśliwym zwierzakom nie ma ceny.

wysłuchała Paulina Król