Magda Dygat i Andrzej Dudziński – dlaczego przygarniają bezdomne zwierzęta?


Dwa lata temu po Zakopanem błąkała się ok. dwuletnia suczka ze zmiażdżoną tylną łapką.

Znajomi górale opowiadali potem, że chcieli się nią zaopiekować, ale ona jak przyklejona podążała tylko za… Małgosią Braunek. I chyba wiem, dlaczego. Małgosia przygarnia bezdomne zwierzaki i suczka czuła, że może na nią liczyć. I się nie przeliczyła. Małgosia zabrała ją do weterynarza, by opatrzyć łapkę, a nam wysłała zdjęcie jej mordki. Było to rok po śmierci naszej poprzedniej suczki i po tym, jak postanowiliśmy, że ze względu na nasze liczne podróże, nie weźmiemy już psa. Jednak gdy mąż zobaczył pyszczek na ekranie komórki, powiedział krótko: „Bierzemy”. I to on przejął suczkę z rąk Małgosi, gdy spotkaliśmy się wkrótce w Krakowie, a ta przytuliła się do niego, jakby wiedziała, że może mu zaufać. Następnego dnia rano, choć cierpiała z powodu łapki, wskoczyła do łóżka i zaczęła nas lizać po twarzach. Imię nadaliśmy jej nieprzypadkowo. Dzieli je z moją ciocią Mizią z Anglii, która ma sześć przygarniętych psów – od kilograma do 20 kg – w tym jednego wydobytego z szafy jakiegoś pijaka.

Gdy miałam pięć lat…

W moim sercu i życiu było wielu poprzedników Mizi. Zaczęło się od tego, że gdy miałam pięć lat, mój ojciec, Stanisław Dygat, znalazł wilczura. Wziął go, ale wkrótce okazało się, że zwierzak jest chory i trzeba go uśpić. Do dziś pamiętam traumę, jaką wtedy przeżyłam, i straszny płacz. Kilka lat później mama przygarnęła ze wsi psa i choć był samcem, nazwała go Daisy (ang. stokrotka).

Ja jednak wkrótce wyprowadziłam się z domu i zaczęły się moje psy. Najpierw mąż odkupił suczkę Pyzę od pewnej niezbyt trzeźwej kobiety w bramie. Potem była Lenia, która towarzyszyła nam przez 17 lat, a po niej przez następne 13 lat zgarnięta z ulicy Gonia. Imię tej ostatniej upamiętniało ulubioną zabawkę Leni – ohydną plastikową gąsienicę. Gonia musiała głodować, bo kradła jedzenie, choć miała go u nas pod dostatkiem. Kiedyś udało się jej zwędzić czekoladowe ciastko i schowała je pod poduszkę. Mało nie dostałam zawału serca, gdy słałam łóżko, bo rozmazana czekolada wyglądała jak krew.

Zawsze z pupilami

Wszystkie te psy – tak jak dziś Mizia – towarzyszyły nam prawie wszędzie. Do rzadkości należały sytuacje, że zostawialiśmy je pod czyjąś opieką. Może nie powinnam się do tego przyznawać, ale często… łamię prawo. Wyznaję zasadę, że jeśli o coś pytam, to mówią, że nie wolno… więc nie pytam. Ponieważ psy latały z nami też samolotem do Ameryki, a chcieliśmy je uchronić przed podróżą w klatce w luku bagażowym, wkładaliśmy je do torby i wchodziliśmy na pokład (dziś już pewnie by to nie przeszło).

Gdy samolot wystartował, pies wychylał łebek z torby, a stewardesa łapała się za głowę i wołała: „Ojej, pies, przecież nie wolno psa…”, a my odpowiadaliśmy: „Ojej, nie wiedzieliśmy, przepraszamy”. I tak nasze pupile pokonywały Atlantyk. Z kolei w Holandii z psem można wejść wszędzie, nawet do kościoła. Kiedyś w Hadze przyjaciele zaprosili nas do restauracji, otwieramy drzwi i co widzimy: przy stoliku siedzi starszy pan, a naprzeciwko na krześle pies – i nikomu to nie przeszkadzało. We Włoszech zaś zwiedzaliśmy muzea na zmianę, bo pies jest w nich zakazany.

Dzięki naszym psom odkryliśmy wiele cudownych miejsc. Dlaczego dzięki nim? Ponieważ towarzyszą nam prawie zawsze, musimy wybierać hotele, w których przyjmują zwierzaki. I okazało się, że właśnie takie są wspaniałe, a ludzie zawiadujący nimi sympatyczni. Czy to jest hotel z lat 20. ubiegłego wieku na Cape Cod w Stanach Zjednoczonych, czy Hotel Saski w Krakowie. Nawet gdy przez rok po odejściu Goni nie mieliśmy psa, to i tak jeździliśmy do miejsc przyjaznych psom, choć nic nas nie ograniczało.

Na psa zawsze można liczyć!

Spośród wszystkich plusów, które daje towarzystwo przygarniętego zwierzaka, największy dla nas to ogromna radość okazywana, gdy wracamy do domu, ten niepowtarzalny taniec radości na widok człowieka. Czy my tak witamy nawet najbliższą rodzinę lub przyjaciół? No i wierność. Czy na drugiego człowieka możemy liczyć tak, jak na psa? I choć wielu ludzi, tu w Polsce, okrutnie traktuje psy, to zdarzają się i tacy, jak pewna pani, która przyszła z 12-letnim synem do schroniska prowadzonego przez moją znajomą i powiedziała: „Nie potrafię wejść i wybierać, proszę przyprowadzić najbrzydszego psa, takiego, którego nikt nie weźmie”.

 

Magda Dygat-Dudzińska – córka pisarza Stanisława Dygata, autorka „Rozstań”, „Biednej pani Morris” oraz wspólnie z mężem „Małego alfabetu Magdy i Andrzeja Dudzińskich”

Andrzej Dudziński
(pseudonim Dudi) – rysownik, grafik malarz, karykaturzysta i fotografik