Pomoc dla rannego zwierzęcia. Dokąd po ratunek?

– Czy zapłaci pani za leczenie? – to była pierwsza informacja, jaką usłyszeliśmy w jednej z dużych gdańskich lecznic, gdy zadzwoniliśmy z prośbą o pomoc dla rannego zwierzęcia. Podobnie zareagował lekarz poznańskiego pogotowia weterynaryjnego.

Zadzwoniliśmy w sumie do dwóch wybranych lecznic całodobowych w pięciu miastach: Warszawie, Krakowie, Katowicach, Poznaniu i Gdańsku. Podawaliśmy się za świadków wypadku z udziałem bezpańskiego psa, który odniósł ciężkie rany. Prosiliśmy o przyjazd i bezpłatną pomoc dla rannego zwierzęcia. Prawie wszędzie usłyszeliśmy: „Pomożemy, ale musi pani sama przywieźć do nas psa”.

Za darmo nie leczymy

Żaden weterynarz, z którym rozmawialiśmy, nie zainteresował się, w jakim pies jest stanie, nie poradził, jak postępować z rannym zwierzęciem, jak udzielić mu pierwszej pomocy. Trzy lecznice odmówiły jakiegokolwiek wsparcia:

Ja takich rzeczy nie robię.

Poproszony o przyjazd do rannego psa lekarz z poznańskiego pogotowia weterynaryjnego był wyraźnie zniecierpliwiony. Kazał dzwonić do straży miejskiej. Nie znał jednak numeru telefonu. Pytany, czy udzieli psu bezpłatnej pomocy, jeśli przywieziemy zwierzę do lecznicy, odmówił.

Kilka razy się sparzyłem. Leczyłem zwierzę niby bezpańskie, ale odnalazł się właściciel i miał do mnie pretensje, bo nie życzył sobie leczenia, groził mi nawet sądem. Teraz przed każdym poważniejszym zabiegiem wymagam pisemnej zgody właściciela. Ale jeśli ktoś przyniesie mi zwierzę lekko ranne, to oczywiście nie odmówię. Dzieci cały czas przynoszą do mnie koty, psy, ostatnio leczyłem nawet kawkę – tłumaczył weterynarz, gdy ujawniliśmy, że rozmawia z dziennikarzem.

Nie lepiej było w Gdańsku – w obu lecznicach odmówiono nam bezpłatnej pomocy. Odesłano nas do patrolu interwencyjnego, który działa przy gdańskim schronisku. Tylko jeden z lekarzy potrafił nam podać właściwy numer.

pies u weterynarza
fot. Shutterstock

Trzeba dowieźć

Proszę jak najszybciej zadzwonić do schroniska, oni mają specjalny samochód interwencyjny – radzi Beata Pyrek, weterynarz z katowickiej lecznicy przy ul. Brynowskiej. Szybko podaje potrzebny numer telefonu. Jeśli przywiezie pani do nas psa, pomożemy. Ale możliwości pojechania na miejsce wypadku nie mamy.

Podobną informację otrzymaliśmy w lecznicy przy ul. Ligonia.

Najlepiej od razu zawieźć psa do schroniska. My udzielimy zwierzęciu tylko pierwszej pomocy. Potem i tak kontaktujemy się ze schroniskiem, które zabiera psa. Kiedy jednak ktoś trafi do nas z bezpańskim chorym zwierzakiem, nie odmówimy pomocy – tłumaczy Justyna Hiper.

Obie lekarki podkreślają, że takie sytuacje nie zdarzają im się często.

Być może ludzie, którzy są świadkami wypadku z udziałem bezpańskiego psa, czy kota, nawet nie pomyślą o tym, żeby jakoś zwierzakowi pomóc? – zastanawia się Justyna Hiper.

Dobre serce weterynarzy

Leczenie bezpańskich zwierząt to duży problem – przyznaje Ireneusz Bogdański, weterynarz z lecznicy przy ul. Kulczyńskiego na warszawskim Ursynowie.

Sumienie nie pozwala zostawić rannego psa czy kota bez pomocy. Z drugiej strony usługi weterynaryjne są płatne, a lecznice to nie instytucje charytatywne. Trudno też się dziwić, że weterynarze nie chcą jechać na miejsce wypadku. Często są sami na dyżurze, musieliby zamknąć na ten czas gabinet. Ranne zwierzę może być niebezpieczne, trzeba mieć odpowiedni sprzęt do transportu. Dlatego tak ważne jest, by bezpańskimi zwierzętami zajmowały się odpowiednie służby miejskie. Władze Ursynowa, gdzie mieści się lecznica, starają się rozwiązać ten problem.

Bezpańskie zwierzęta z naszego terenu leczymy bezpłatnie, płaci za to urząd dzielnicy. Jeśli ktoś nie może przywieźć do nas rannego zwierzęcia, sami jedziemy na miejsce wypadku. W lecznicy wykonujemy wszelkie konieczne zabiegi, również te bardziej skomplikowane – zapewnia Ireneusz Bogdański.

Lekarze z ul. Kulczyńskiego nie odmówią też pomocy zwierzętom z innych części Warszawy, jednak wtedy trzeba samemu je przywieźć. Za ich leczenie powinno zapłacić miejskie schronisko. Ireneusz Bogdański przyznaje, że czasem ma dylemat: leczyć zwierzę czy tylko udzielić mu doraźnej pomocy. A to dlatego, że ludzie potrafią niestety wykorzystać dobre serce weterynarzy.

Trafił do nas pies po wypadku, miał skomplikowane złamania. Zdecydowaliśmy się operować. Wiedzieliśmy, że ma właściciela, któremu co jakiś czas uciekał. Skontaktowaliśmy się z nim. Najpierw bardzo się ucieszył.

 

Kiedy jednak dowiedział się, ile kosztowało leczenie, mina mu zrzedła. Po kilku dniach zadzwonił i powiedział, że jego pies się znalazł, więc ten, który jest u nas w lecznicy, jest bezpański. Wiemy, że nas okłamał. Ranne zwierzę trafiło do schroniska, a my nigdy nie odzyskaliśmy pieniędzy za jego leczenie.

wolontariat w schronisku
fot. Shutterstock

Pomoc dla rannego zwierzęcia, czyli dokąd po ratunek

Do schroniska. Skoro weterynarze nie jeżdżą do rannych zwierząt, zadzwoniliśmy tam, gdzie nas odsyłali – do miejskich schronisk.

Jeśli to możliwe, proszę zostać przy psie. Kierowca będzie na miejscu za kilkanaście minut – uspokaja Aleksandra Molnar, kierowniczka schroniska w Katowicach, gdy zgłaszamy jej, że pies został potrącony.

Kiedy mówimy, że pies cierpi i może być agresywny, zapewnia, że schroniskowa ekipa poradzi sobie z nim.

Mamy duże doświadczenie i potrzebny sprzęt. Telefon interwencyjny jest włączony przez całą dobę. Nawet w środku nocy kierowca może wyjechać do nagłego wypadku – tłumaczy Aleksandra Molnar.

Również warszawskie schronisko „Na Paluchu” deklaruje, że nie zostawi rannego zwierzęcia bez pomocy.

Mamy jeden samochód interwencyjny, kierowcy jeżdżą całą dobę. W ciągu dnia, jeśli to możliwe, do rannego zwierzaka wysyłamy też lekarza, który na miejscu udzieli mu pierwszej pomocy – mówi dyrektor schroniska Wanda Dejnarowicz.

Problemów z uzyskaniem pomocy nie mieliśmy też w Gdańsku ani w Krakowie. Schroniskowi kierowcy, wyposażeni w sprzęt do łapania zwierząt, mogą wyjechać w teren bez względu na porę. W miastach tych rannym zwierzętom udziela się pomocy lekarskiej – w samym schronisku, bądź w najbliższej czynnej lecznicy, z którą potem schronisko się rozlicza.

Najgorzej jest w Poznaniu. W schronisku po pomoc dla rannego zwierzęcia odesłano nas do straży miejskiej.

Musimy mieć potwierdzenie od straży. Proszę im opisać sytuację, na pewno przyjadą najszybciej, jak się da – tłumaczy pracownica.

Nie przekonuje jej, że pies jest w ciężkim stanie i liczy się czas. Dzwonimy do straży.

Nie mamy specjalnego zwierzęcego patrolu, wysyłamy więc najbliższą jednostkę. Jeśli pies jest mały i łagodny, sami odwozimy go do lecznicy. Jeśli jednak jest duży, albo zachowuje się agresywnie, wzywamy schronisko. Tylko oni mają sprzęt potrzebny do złapania i przewiezienia takiego zwierzęcia – tłumaczy dyżurujący strażnik.

Na dodatek straż miejska nie zawsze ma wolną ekipę, którą może wysłać na miejsce wypadku. Może się więc okazać, że pomoc dla rannego zwierzęcia nadejdzie zbyt późno.

Autor: Joanna Iracka