Sebastian Cybulski – dlaczego przygarnia bezdomne zwierzęta?


Zafascynowany „Ożenkiem” Mikołaja Gogola, a konkretnie służącą, niesłychanie ciepłą Duniaszą, postanowiłem nazwać swoją suczkę jej imieniem, bo bardzo przypomina tę postać.

Wcześniej marzył mi się pies bardzo energiczny, skoczny. Myślałem nawet o jack russell terrierze, ale nie był na moją kieszeń. Poza tym uznałem, że lepiej przygarnąć zwierzę z ulicy, a pieniądze przeznaczyć na zapewnienie mu dobrego życia. W pewne piątkowe popołudnie postanowiłem więc przejrzeć strony adopcyjne i trafiłem na schronisko w Józefowie koło Legionowa. Wpadł mi w oko ciapek do wzięcia. Gdy skontaktowałem się ze schroniskiem, okazało się, że dzień wcześniej wolontariuszki zabrały upatrzoną przeze mnie suczkę z jakiejś budowy do domu tymczasowego.

Sebastian Cybulski
fot. Celestyna Król

„Stopniowo zmniejszałem dystans”

Trzeba przyznać, że miała dużo szczęścia, bo zobaczyłem jej zdjęcie zaraz po umieszczeniu w internecie, co uchroniło ją od schroniskowej traumy. Już w sobotę spędziłem kilka godzin u wolontariuszki, żeby się przekonać, czy jesteśmy z Dunią dla siebie stworzeni. A potem musiałem przejść procedurę sprawdzającą, czy nadaję się na jej opiekuna. Nadawałem się. Po podpisaniu dokumentów Duniasza była moja. Jakże byłem szczęśliwy. Ona niestety dużo mniej. Siedziała smutna pod krzesłem ze zwieszoną głową, oklapniętymi uszami i podkulonym ogonem. Ostrożnie siadałem więc w pobliżu na podłodze, żeby oswoiła się z moim zapachem, i stopniowo zmniejszałem dystans między nami. Krok po kroku przełamywaliśmy lody. Tak sobie zaplanowałem obowiązki, żeby mieć dla niej czas. Był to początek czerwca, więc zabierałem ją do parku, do ogródków kawiarnianych. Kiedy miałem coś do załatwienia, towarzyszyła mi, bo chciałem, żeby oswoiła się z różnymi sytuacjami. I o dziwo, już po tygodniu byliśmy zgraną parą.

Ulicznica

Zabawnie było z dopasowaniem karmy do podniebienia Duniaszy. Zacząłem od takiej z najwyższej półki, ale stopniowo przechodziliśmy na coraz niższe, bo na wszystko kręciła nosem. Najbardziej smakowały jej bułki z masłem, bo dokarmiali ją pewnie nimi budowlańcy. Nazwałem ją żartobliwie ulicznicą, bo obwąchiwała wszystkie uliczne kosze i jeśli tylko zapachniało jej pieczywo, to nie było na nią mocnych. Dotąd, kiedy widzi osobę ubraną w strój roboczy, wyraźnie się ożywia.

Sebastian Cybulski
fot. Celestyna Król

„Czarny tydzień”

Dunia właśnie skończyła rok. Na pierwsze urodziny dostała w prezencie nowe legowisko, które bardzo jej przypadło do gustu. Mam nadzieję, że nie zje go, jak większości zabawek. I myszka, i krecik szybko straciły pierwotne kształty, ale Duniasza uważa, że to ich wina, bo są za delikatne. To przekonanie ma zwykle wymalowane na pysku.

Napisałem o tym na fanpage’u „Duniasza – dog inspired by Gogol”, który jej założyłem na Facebooku. Nie bez przyczyny jest tam także taki wpis: „Jestem bardzo drogim psem, tak mi wmawiają, bo został podliczony koszt napraw i nowych rzeczy, które pogryzłam w drobny mak, i ta moja drogocenność idzie w górę. Jednym słowem, jestem niczym pełnowartościowy kruszec czy chociaż złotko po cukierkach”. Oj tak, Dunia dała mi popalić. Mieliśmy taki czarny tydzień, kiedy zostawała sama w domu. Rozsmakowała się wtedy w kablach, ładowarkach, pilocie i kilku parach butów.

Obopólne szczęście

Decydując się na jej przygarnięcie, wiedziałem, że wesprą mnie rodzice i siostra, więc teraz, jeśli tylko to możliwe, nie zostawiam jej samej. Dzięki temu mój 13-letni chrześniak Mateusz uczy się opieki nad psem, a trzyletnia siostrzenica Karolinka poznaje zasady kontaktu z nim. Stanowią fajny duet, bo kiedy Duniasza chodzi na dwóch łapach, są z Karolinką równego wzrostu.

Dunia czuje się też świetnie u mojej mamy, która kiedyś nierozważnie zostawiła na wierzchu dwie bułki. Oczywiście zniknęły. Okazało się, że jedna została zjedzona na poczekaniu, a drugą suczka zakopała sobie na później w donicy z kwiatkiem. Choć u siebie nie mam tak dużych donic jak mama, Duniaszy to nie przeszkadza. Któregoś dnia podlewam kwiaty, a tu niespodzianka – z ziemi wystaje kosteczka, też zakopana na zapas.

Aby ograniczyć czas naszych rozstań, przyzwyczaiłem Dunię do podróży. Gram teraz w teatrze w Radomiu i przebywam tam pięć dni w tygodniu, więc Duniasza mi towarzyszy. Byliśmy nawet razem w Amsterdamie. Spisała się doskonale, zarówno w samochodzie, jak i na miejscu. Zauważyłem, że dość łatwo się uczy. Wykorzystuję do treningów posłuszeństwa rady Jacka Gałuszki z cyklu click & voice publikowane w miesięczniku „Mój Pies”. Robimy postępy. Zamiast klikera stosuję jednak pstryknięcie, bo nim się posługiwałem, gdy rozpoczynaliśmy naukę, i kliker po prostu się nie przyjął.

Duniasza bywa czasami smutna, kiedy zostaje sama, ale za to, gdy jesteśmy razem, rozpiera ją radość. Jest tak skoczna, że wyskakuje na wysokość mojej głowy, kiedy cieszy się na mój widok. Zadaję sobie wtedy pytanie, co jest lepsze: pies w schronisku pozbawiony naturalnego kontaktu z człowiekiem, czy własny opiekun i ciepły dom, nawet jeśli wspólnie spędzany czas będzie ograniczony? Według mnie szczęście jest obopólne, bo Duniasza nie trafiła do schroniska nawet na chwilę, a ja zyskałem czworonożnego przyjaciela, którego od dawna bardzo mi brakowało.

Sebastian Cybulski
fot. Celestyna Król

Dunia Sebastiana Cybulskiego ćwiczy metodą click & voice Jacka Gałuszki

Sebastian Cybulski: Bez czynnika rozpraszającego Duniasza siedzi wzorowo. Niestety to jeszcze psie dziecko, więc nie przepuści okazji do gonitwy z żadnym psem, który pojawi się na horyzoncie. Ale będziemy ćwiczyć dalej. Szczególnie przywoływanie awaryjnie. Już kupiłem gwizdek.

Sebastian Cybulski: Przy warowaniu pracujemy jeszcze ze smakołykiem podanym między przednimi łapami, bo dla Duniaszy to jedno z najtrudniejszych ćwiczeń. Musiałem też zmienić polecenie, bo przestała reagować na „waruj”. Woli słowo „leżeć”.

Sebastian Cybulski: Ileż mamy radości z targetowania (wstęp do slalomu). To znaczy bardziej ja, bo jestem dumny, że Dunia potrafi zrobić taką sztuczkę. Ona głównie cieszy się z przysmaków, nawet jeśli to ta sama karma, na którą kręci nosem, kiedy leży w misce.

Jacek Gałuszka: Cieszę się, że pracując metodą C&V, i Dunia, i jej przewodnik uczą się i bawią doskonale. A o to przecież chodzi w każdym udanym związku – żeby się porozumiewać, rozumieć i lubić nawzajem. Gdy patrzę na zdjęcia Sebastiana Cybulskiego i Duni, widzę, że tak właśnie jest. Gratulacje!

Autor: Paulina Król