Toksyczne adopcje

Uwaga na Adriana C. z Przemyśla! Osoba nieodpowiedzialna, adoptował suczkę z naszego schroniska, zwrócił ją tydzień później. Od znajomych wolontariuszy wiemy, że z innego przytuliska zaadoptował niedużego kundelka, którego znaleziono po paru dniach pod lasem. W tej chwili znów szuka psa do adopcji.

Na takie wypowiedzi często można się natknąć na forach internetowych poświęconych adopcjom psów i kotów. Wraz z rozwojem technik i sposobów szukania rodzin bezdomniaczkom pojawiła się nowa kategoria ludzi – nałogowych adoptujących.

Pies w schronisku podaje łapkę pani
fot. Shutterstock

Czarna lista

Wśród adoptujących są osoby poszukujące psów w typie rasy, aby je rozmnażać i zapełniać serwisy ogłoszeniowe wiadomościami o „okazyjnej wyprzedaży szczeniąt” modnych ras za 300 zł. Takiego niby-adoptującego stosunkowo łatwo jednak zweryfikować: na ogół reaguje agresywnie na wzmiankę o kastracji zwierzaka, a zupełnie traci nim zainteresowanie, gdy się dowie, że już jest wysterylizowany.

Osoba taka obdzwania wszystkich wolontariuszy ogłaszających psy w typie konkretnych ras. Często też mylą się jej numery telefonów i atakuje jednego wolontariusza kilka razy.

Istnieje również grupa osób, przez których domy przewija się po kilka, niekiedy kilkanaście zwierząt. Czasem są one dość szybko zwracane do schronisk czy domów tymczasowych. Niestety istnieje czarna liczba adopcji, po których czworonóg znika bez śladu albo błąka się nieraz wiele kilometrów od adopcyjnego domu.

Zwierzęta są zwracane pod przeróżnymi pretekstami, wśród których nagła alergia domownika albo wyjazd za granicę awansują do rangi banału. Wydaje się, że większość tłumaczeń to rzeczywiście tylko pretekst do pozbycia się zwierzaka. Zwierzaka, który szybko się znudził albo z tych czy innych powodów nie spełnił oczekiwań. Adoptujący natychmiast zaczyna starania o następnego psa czy kota.

Historia Mai

Tak było w wypadku nieudanej adopcji suczki Mai, o którą starała się pani Z. Osoba ta zaistniała na łamach specjalistycznej prasy jako miłośniczka zwierząt, która przygarnęła schorowaną sukę. Nic więc dziwnego, że gdy wyraziła chęć przygarnięcia kolejnej, uznano ją za potencjalnie dobrą opiekunkę – sprawdzony dom stały. Wizyta przedadopcyjna wypadła pomyślnie, choć gdy się dobrze zastanowić, już wtedy pojawiły się sygnały, że coś jest nie tak.

Pani Z. od początku sprawiała wrażenie dziwnej, ale w pozytywnym sensie – mówi prowadząca sprawę wolontariuszka.

Wydawało się jednak, że ogromnie kocha psy i stąd jej zakręcenie. Mój mąż, który zawiózł jej Maję, był zaskoczony jej podejściem do psa, suczka niemal w ogóle się jej nie bała i poszła z nią spokojnie na smyczy.

Do wolontariuszy docierały wieści z nowego domu Mai – o tym, jaka z niej miła suczka, jak jest im razem dobrze. Trwającą prawie rok sielankę przerwała wiadomość, że pani Z. chce adoptować nowego psa, a oprócz starej suczki rezydentki innego zwierzaka nie ma.

Gdy wolontariusze usiłowali wyjaśnić sprawę, na jaw wychodziły nowe, smutne fakty. Okazało się, że przez dom „miłośniczki zwierząt ratującej bezdomne psy” przewinęło się kilka czworonogów, które zaginęły bez wieści.

Nadające się na scenariusz sensacyjnego filmu śledztwo ujawniło, że Maja została oddana do jednego z okolicznych przytulisk. Pani Z. do końca zmieniała wersje wydarzeń, włącznie z taką, że suczkę uprowadziła i oddała do schroniska nienawidząca jej sąsiadka.

Kres tym opowieściom położyła konfrontacja z jego pracownikami. Rozpoznali w pani Z. osobę, która przyprowadziła do nich suczkę i powiedziała, że jest to bezdomny piesek, którym się zaopiekowała.

Pani Z. tłumaczyła, że oddała sukę, gdyż ta „nie nadawała się do mieszkania w bloku”.

A oto, co usłyszała wolontariuszka zajmująca się Mają: Pani Z. przyznała, że w okresie od adopcji Mai do przygarnięcia nowej suczki (parę miesięcy) miała jeszcze dwie sunie ze schroniska. Ze złością stwierdziła, że jednej znalazła inny dom, bo źle się dogadywała z jej starą suką, a drugą oddała na Paluch, bo „była wariatka” i „nie nadawała się do mieszkania”. Nie powiedziała też ani jednego dobrego słowa o Mai.

pies patrzy w obiektyw, a za nim siedzi para
fot. Shutterstock

Ulotna miłość

Do pewnego przytuliska zgłosił się mieszkający ponad sto kilometrów dalej pan, który na stronie adopcyjnej w Internecie wypatrzył dwa duże psiaki. Zapewniał, że on i jego rodzina są zdecydowani na adopcję, że marzą o tych psach, a ich decyzja jest przemyślana i obgadana do najmniejszego szczegółu. Trochę zmartwiło personel schroniska, że pan przyznał się do posiadania niezbyt dużego mieszkania w bloku.

Ale z całą energią obalał kolejne argumenty, zwłaszcza obruszył się na propozycję, żeby może na razie przygarnął jednego psa, a potem zorientował się, czy rodzina da sobie radę i z drugim. Jakże to, cała rodzina pokochała już psy z całego serca, nie mogą się doczekać chwili, gdy będą razem!

Psy do adopcji wydano. Pan przyjechał po zwierzaki rano, zaś już wieczorem zadzwonił z informacją, że musi je oddać, bo „zmieniły mu się warunki”. Oczywiście ktoś musiał się pofatygować po psiaki, bo ich odwiezienie było dla pana zbyt trudnym i skomplikowanym przedsięwzięciem.

Internet może być ogromnie pomocny w poszukiwaniu domu dla bezdomnego psa. Ale – jak widać – może też być pułapką. Zawsze zastanawiająca wydaje mi się nagła miłość, którą zaczynają pałać dobrzy ludzie z – powiedzmy – Zakopanego do psiaka przebywającego w szczecińskim schronisku.

Wszak w pobliżu ich miejscowości znalazłoby się sporo schronisk i dużo miłych psów szukających domu. Ładne ogłoszenie w Internecie czy gazecie, z poruszającym serce tekstem powoduje, że kogoś przyciąga ten, a nie inny osobnik. No cóż, tak to ma działać. A jednak nie zawsze bardzo emocjonalne podejście do sprawy dobrze rokuje.

Smutny pies w ramionach u chłopaka
fot. Shutterstock

Motywacja wybrednisia

Wydaje się, że w wypadku osób, przez których domy przewinęło się kilka czy kilkanaście zwierząt, szybko adoptowanych i równie szybko oddawanych, można stwierdzić, że uczyniły sobie z tych adopcji sposób na życie. Może to zapełnianie jakiejś pustki? Szukanie istoty w pełni zależnej, podporządkowanej i pozbywanie się jej, gdy okazuje się nie całkiem taka, jakie było o niej wyobrażenie? – zastanawia się psycholog Maria Majewska.

Na pewno taka postawa świadczy o jednym: że ta osoba ma poważne kłopoty z samą sobą. Jestem w stanie zrozumieć, że ktoś podjął błędną decyzję i nie potrafi sobie poradzić z jej konsekwencjami. Bywają różne obiektywne okoliczności, które zmuszają do oddania zwierzaka.

No dobrze, ale może się to zdarzyć raz, ewentualnie, co już dość nieprawdopodobne – dwa razy. Jednak gdy ktoś dokonuje adopcji kilka czy kilkanaście razy, musi to świadczyć choćby o tym, że nie uczy się na błędach i nie potrafi ocenić sytuacji.

Jedna z osób zajmujących się aktywną pomocą bezdomnym zwierzętom określiła rzecz krótko: taka osoba to na ogół typ wierzący w swoją wyjątkową dobroć. Rzeczywiście, często u ludzi zwracających psa do przytuliska, z którego go wcześniej adoptowali, daje się zauważyć przekonanie o własnej szlachetności – w końcu zadają sobie trud i oddają psa tam, skąd go wzięli, zamiast przywiązać do drzewa w lesie albo wyrzucić pod miastem.

Zdarzają się i tacy, którzy przyprowadzając przestraszonego psa do schroniska, od razu kategorycznie żądają „wymiany na inny model”, bo ten się „nie sprawdził”. To z kolei świadczy o kompletnym braku serca i zrozumienia, że nie mają do czynienia z przedmiotem, ale z żywą, czującą istotą.

Pułapki zastawiane przez nałogowców

Często pewne sygnały ostrzegawcze pojawiają się już w czasie pierwszej rozmowy z potencjalnym domem adopcyjnym. Działa jednak pewien psychologiczny mechanizm, każący wolontariuszowi brać za dobrą monetę wszystko, co oferująca dom osoba mówi. Opiekun przywiązał się do psa, szuka mu jak najlepszej rodziny, ale chciałby, żeby pojawiła się jak najszybciej.

Po żadnego bezdomnego psa zwykle nie ustawia się kolejka chętnych, więc gdy już potencjalny właściciel zadzwoni, opiekun każdą pojawiającą się wątpliwość interpretuje na jego korzyść.

Lekceważenie niepokojących sygnałów jest nierozsądne. Można to zrozumieć, gdy weźmie się pod uwagę sytuację opiekuna psa, rozpaczliwie walczącego o znalezienie mu nowego, stałego domu, ale nie prowadzi to do niczego dobrego – przyznaje psycholog Maria Majewska.

Wolontariusze powinni pamiętać, że ludzie, którzy miewali wcześniej do czynienia z procesem adopcji psa, cały czas się uczą – choćby opracowują sobie standardowy zestaw wypowiedzi mający ich uwiarygodnić w oczach opiekuna. Często są na tyle sprytni, żeby nie wspominać o tym, ile zwierząt przewinęło się dotąd przez ich dom.

Co najwyżej opowiadają o jednym ukochanym psie, który odszedł w wieku kilkunastu lat. To zwykle kruszy lody i przyjaźnie usposabia przeprowadzającego przed – adopcyjny wywiad miłośnika zwierząt. Często wręcz z entuzjazmem zgadzają się na sterylizację zwierzaka, wiedząc, że wolontariusze są na to szczególnie uczuleni, ponieważ boją się, aby ktoś nie szukał psa, żeby go potem w niekontrolowany sposób rozmnażać.

Pies w parku patrzy w obiektyw
fot. Shutterstock

Jak unikać zagrożeń

Nie przeprowadzono dotąd badań nad zjawiskiem nałogowych adoptujących, ale z rozmów z wolontariuszami i lektury wielu opowieści o nieudanych adopcjach wyłania się jednak pewien obraz, na który warto zwrócić uwagę, jeśli szukamy domu psu czy kotu.

Na pewno trzeba być uczulonym na gorące, emocjonalne deklaracje w stylu: „pokochałem tego psa od pierwszego wejrzenia”, „ten pies jest mi przeznaczony”. Zwłaszcza gdy miłość wybuchła po obejrzeniu jednego zdjęcia zamieszczonego w ogłoszeniu. Trzeba też uważać na osoby, które bardzo się spieszą: chcą otrzymać psa zaraz, a każde spowolnienie sprawy czy pojawiająca się przeszkoda wyraźnie je złości.

Wolontariuszka zajmująca się sprawą adopcji pani Z. zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt:

Ona sprawia wrażenie kobiety trochę niezaradnej życiowo, nielubianej przez otoczenie, ale za to mającej ogromne serce dla zwierzaków. Wydaje się, że to nielubienie przez sąsiadów czy bliskich jest dość charakterystyczne, bo z podobną sytuacją zetknęłam się także u innej zbieraczki psów.

Wolontariusze zastanawiali się, dlaczego ci wredni okoliczni weterynarze nie chcą jej pomagać, a sąsiedzi jej nie znoszą.

Pani Z. tłumaczyła, że uważają ją za wariatkę, bo kocha psy, że ją tępią, trują zwierzaki. A oni po prostu dobrze ją znają i trzymają się od niej z daleka – wspomina wolontariuszka.

Zatem gdy pojawiają się wątpliwości, warto popytać sąsiadów.

Na pewno pomocne są strony poświęcone adopcjom. Niektóre organizacje czy internetowe społeczności miłośników zwierząt prowadzą wykazy osób nieodpowiedzialnych czy „podejrzanych” – można się do nich zwracać, gdy mamy wątpliwości. I, choć oczywiście nie można z najwyższą podejrzliwością podchodzić do każdego szukającego psa do adopcji, to lepiej nie patrzeć na niego przez różowe okulary naszych pragnień czy wyobrażeń.

Nałóg przygarniania

Pani w średnim wieku umawia się na adopcję owczarka. Jednocześnie – nie mając świadomości, że kontaktuje się z przedstawicielem tej samej instytucji – z innym wolontariuszem omawia przygarnięcie amstafa. Wolontariusze dowiadują się, że w tym samym czasie pani intensywnie poszukuje do adopcji także bulteriera.

Młody człowiek ze Śląska przygarnia szczenięta i kocięta świadom, że jego dziecko ma alergię na psy. Bardzo szybko pozbywa się adoptowanego psa czy kota, ale nie rezygnuje i próbuje dalej. Nikt nie zna dalszego losu zwierząt znikających z jego domu.

Małżeństwo z dzieckiem adoptuje szczenię z pewnej fundacji. Podczas wizyty poadopcyjnej okazuje się, że piesek został podrzucony sąsiadom. Ci twierdzą, że przez ten dom przewinęła się ogromna liczna psów – żaden nie zagrzał miejsca na dłużej.

Pani w średnim wieku: przygarnia psy, a gdy się jej znudzą – oddaje okolicznym dzieciom. Co jakiś czas poszukuje psa do adopcji – ma jedną zasadę: zwierzak musi być za darmo.

Małżeństwo z dzieckiem mieszkające w małym mieszkanku. Właściciele owczarka niemieckiego, oddanego po urodzeniu dziecka. Przyjmują pod swój dach basseta, ale oddają go, bo szczekał. Przygarniają kolejnego psa, którego oddają, gdyż sprawia kłopoty wychowawcze. Teraz poszukują psa rasy północnej.

Autor: Paulina Łukaszewska