Beata Mońka – dlaczego przygarnia bezdomne zwierzęta?


Miłość do psów zaszczepiła we mnie babcia, która nauczyła mnie troski o słabszych i potrzebujących – niezależnie od tego, czy to są osoby starsze, dzieci, czy bezdomne zwierzęta.

Od dziecka zatem naturalne dla mnie było dokarmianie bezpańskich psów, organizowanie im schronienia i opieki. Ktoś kiedyś powiedział, że ratując psa, nie zmienisz świata, ale świat zmieni się dla tego psa. Nie dodał jednak, a ja tego doświadczyłam wielokrotnie, że świat zmieni się także dla ciebie – będzie piękniejszy!
Zaczęło się od Kiry, 8-10-miesięcznej rottweilerki, która przez trzy dni błąkała się w pobliżu domu moich rodziców. Gdy ją przygarnialiśmy, babcia tylko spytała: Czy to nie jest ta niebezpieczna rasa, o której mówią w mediach? Ponieważ pierwszy raz mieliśmy psa z obciętym ogonem (au! – jestem przeciwna okaleczaniu zwierząt przez obcinanie ogonów czy uszu), szukaliśmy objawów radości, wpatrując się w tę malutką końcówkę. Ogonek pracował non stop na najwyższych obrotach. Kira podbiła serca nas wszystkich, ale stała się najwierniejszym przyjacielem właśnie babci. Nie odstępowała jej na krok, wiernie słuchała jej opowieści i wszelkich komend: „zostaw” (miskę z jedzeniem czy kość), „siad”, „posuń się” (ciągle kładła babci łeb na nogach) czy… „out” – bo to był pies poliglota. Łagodna i mądra rottweilerka podporządkowała się pekińczykowi, który już u nas mieszkał, i wraz z dwoma kotami stanowili kochającą się i zgraną rodzinę.

Do tej gromady dołączyła kolejna suczka, w typie owczarka, ze śmiesznie klapniętym i podrygującym w biegu uchem. Z zawodu ogrodniczka. Przez rok wykopywała wszystkie rośliny, które pracowicie sadziłam w ogrodzie, i przynosiła mi je pod drzwi. Doły w jej wykonaniu były wielkości schronów. Obserwowała potem szelmowskim wzrokiem, jak biegamy, wsadzając z powrotem rośliny, zasypując doły i tłumacząc jej, że tak „nie wolno”. Dla niej to była świetna zabawa, a dla nas wielka próba cierpliwości i sztuki psiej pedagogiki. Ale się udało! Wychowaliśmy Małą (tymczasowe imię zostało, choć wyrosła na dużą) na ułożonego psa, megastróża zakupów, megatowarzysza wypraw do lasu i cierpliwego przewodnika naszego stada.

Po dziesięciu latach za tęczowy most odeszła Kira. Nie przeżyła operacji z powodu nowotworu. Walczyliśmy o jej życie do ostatniej chwili, bo jak mawiał Konrad Lorenz: „Wierność psa jest bezcennym darem, nie mniej zobowiązującym niż ludzka przyjaźń”. Płakaliśmy po Kirze wszyscy, także pekińczyk, który nosił na jej puste posłanie swoje zabawki i smakołyki.

Na początku roku trafił do nas kolejny prawie owczarek – przeraźliwie wychudzony, spanikowany pies, który nie mógł się wydostać przez wielkie zaspy z ruchliwej warszawskiej obwodnicy. Zrozpaczony biegał między tirami i niechybnie by zginął pod kołami jednego z nich, gdyby nie pomógł mu mój mąż. Nazwaliśmy go Bohun, choć do jego ówczesnego wyglądu bardziej pasowałoby „szkielet” lub „kościotrup”. Przeszliśmy z nim wiele: apatię, połykanie wielkich porcji jedzenia, ustalanie relacji w stadzie, kilkakrotne odrobaczanie, układanie i szkolenie. Dziś mamy energicznego opiekuna wszystkich naszych zwierząt, bezgranicznie kochającego nas, a przede wszystkim kocicę Chyćkę, która kokieteryjnie na niego prycha, zaczepia go łapą i cierpliwie znosi lizanie jej futerka, a on jest szczęśliwy i wpatruje się w nią godzinami.

Gdy oglądamy telewizję, wszystkie nasze zwierzęta nas oblepiają – kładą się na nogach, kolanach, gdzie się da. Smucą się, gdy wyjeżdżamy, i radują, kiedy wracamy po pracy do domu. Rozumieją nasze nastroje, wybaczają humory i nasłuchują naszych głosów – bo ludzie są przecież tacy fajni, prawda?

Mój mąż się dziwi, że akurat na mojej, a właściwie naszej drodze (często wzywam go na pomoc, kiedy znajduję zwierzę w potrzebie) ciągle napotykamy zwierzęta potrącone przez samochód i pozostawione konające na drodze, ślepe, błąkające się – poharatane, z urwanymi palcami u łapy. Cóż, ja je po prostu widzę. Nie odwracam głowy, nie użalam się (nad sobą). Działam. Zgarniam z ulicy. Biały garnitur i szpilki czy brak czasu nie mogą być wymówką. Muszę pomóc! W samochodzie wożę matę i smycz dla psa, a dla siebie sportowe buty i dżinsy. W najgorszym razie dzwonię do męża, znajomego weterynarza lub zaprzyjaźnionej fundacji, z którą od lat współpracuję. Pomagam, reaguję, szukam domów dla ciężko doświadczonych przez los i ludzi zwierząt.
I tak wygłodzony biszkoptowy labrador Lucky znaleziony na Mazurach mieszka dziś w pięknym apartamencie z ogródkiem, wilczur ze złamaną łapą, który wegetował w opuszczonym składzie budowlanym, cieszy się też domem z ogrodem, a odławiany przez dwa dni kundelek z rozprutą pachwiną po ośmiu miesiącach bezdomności dzięki wszczepionemu czipowi wrócił do właścicieli. Znaleziony na działkach amstaf został dumnym psem sołtysa podwarszawskiej wsi, a kremowy pies koczujący na przystanku w zimowy wieczór i oglądający się na każdego, kto wysiadał z autobusu, trafił do ludzi, którzy porównują go do słynnego Marleya i uważają, że był im przeznaczony. Nie wspominam już o starym psie, który na jesieni ciężkiego życia trafił do znanej dziennikarki i dziś jako Fabio podróżuje z paszportem po Europie.

Tyle historii z happy endem utwierdza mnie w przekonaniu, że szczęściu – i zwierząt, i ludzi – warto pomagać. I warto innym pokazywać, jak można pomagać. Dlatego wirtualnie organizuję spotkania gotowych do działania osób w innych miastach, wspieram prawnie nowelizację Ustawy o ochronie zwierząt, pomagam tym, którzy zawodowo opiekują się zwierzętami w potrzebie. Ale nie jestem strażą dla zwierząt, nie przyjmuję zleceń na telefon. Natomiast zawsze informuję dzwoniącego, jak może pomóc zwierzakowi, złapać go, wezwać pomoc i co dalej z nim zrobić (weterynarz, sprawdzenie, czy pies ma czip, przeszukanie stron z ogłoszeniami o zaginionych psach, wreszcie szczepienie, zdjęcia, czasem występ na wizji i rozpuszczenie wici po znajomych i ludziach dobrej woli – uruchomienie sieci dobrych kontaktów i dobrej energii).

Pomoc bezdomnemu zwierzęciu czy przygarnięcie go to nie tylko kwestia naszej odpowiedzialności i człowieczeństwa – to recepta na szczęcie! Jeśli go szukasz w życiu – spróbuj. Polecam!

Beata Mońka