Mój pies ma kleszcza! Ale dlaczego od razu musimy go tak męczyć?


Właściciele psów jeszcze nie zauważyli, że mimo kalendarzowej zimy temperatura jest wysoka i pajęczaki budzą się do życia. Choć za oknem wiosna w pełni, niewielka część moich pacjentów jest już zabezpieczona przeciwko kleszczom.

Kiedy byłam w poprzedni weekend z moimi psami na łące, zdejmowałam z nich kleszcze garściami. A mają zastosowane preparaty przeciwko pasożytom! Strach pomyśleć, co się dzieje w sierści psów, których opiekunowie zapomnieli o wiośnie…

Pies ma kleszcza!

Do gabinetu wszedł szybkim krokiem wysoki pan ze swoim psem, młodym gończym polskim. Mężczyzna od razu zaczął krzyczeć.

– Mój pies ma kleszcza!
– Tylko ma kleszcza czy już jest chory?
– Nie no już jest chory. Na pewno. Ma ciemny, taki gęsty mocz.

Czasem właściciele stosują skróty myślowe i wtedy nie wiem, jak zabrać się za badanie i leczenie, od czego zacząć. I w tym wypadku tak było – określenie, że „pies ma kleszcza” wcale nie oznaczało, że mam wyjąć wbitego pajęczaka. Było wołaniem o pomoc dla ewidentnie chorego już psa.

Ciemny, krwisty, a czasem prawie czarny mocz jest jednym z objawów choroby odkleszczowej – babeszjozy. Zwykle to późny objaw, pojawia się po kilku dniach od zachorowania. Ale zdarzają się właściciele, którzy czekają, w sytuacji, gdy pies czuje się gorzej. Na co czekają? Czasem doszukują się zatrucia czymś nieświeżym, a czasem myślą, że samo przejdzie. Bywa, że do lekarza trafia pies w tak zaawansowanym stadium choroby, że nie udaje się go już uratować. Dlatego czekanie jest dość ryzykowne.

Badanie i wywiad

Przystąpiłam do badania Jacka – istotnie miał podwyższoną temperaturę ciała. Z wywiadu wynikało, że nie został należycie zabezpieczony przeciwko kleszczom, a dużo biega po lesie. Zaczęłam informować opiekuna, co po kolei będziemy robić.

– Najpierw pobierzemy krew, ale sądząc po objawach i wywiadzie, mamy do czynienia z chorobą odkleszczową.
– No to po co ta krew? Może bez krwi? On się denerwuje!
– Badanie krwi, po pierwsze, służy do potwierdzenia diagnozy, a po drugie informuje nas o stopniu zaawansowania choroby. Dzięki temu możemy opracować dalsze postępowanie.
– Ale ostatnio, jak miał kleszcza, to dostał tylko zastrzyki i już!
– A kiedy był chory? Kroplówki wtedy dostawał?
– No mówię pani, że tylko zastrzyki. Właściwie to chyba jeden. Jeden taki bolący i już. Na drugi dzień był zdrowy.
– Skoro niedawno miał podobne przejścia, to tym bardziej musimy pobrać krew i zrobić kroplówki. Nie ma innej opcji!

Skąd przy babeszjozie anemia?

Po co te kroplówki? Babesia canis to pasożyt krwi, który wnika do czerwonych krwinek. Układ odpornościowy psa, broniąc się, niszczy krwinki zawierające babesię – ale efekt uboczny jest taki, że pojawia się anemia. Kiedy leczymy psa z babeszjozy, podajemy lek niszczący pasożyta, a tym samym też… krwinki! To dlatego anemia może się jeszcze bardziej pogłębić. I przeważnie tak się właśnie dzieje przy tej groźnej chorobie.

Gdy krwinki rozpadają się, powstają spore kompleksy krążące we krwi. Jeśli trafią one do drobnych naczyń włosowatych (których najwięcej jest w nerkach i wątrobie), zatykają je, prowadząc do niewydolności tych narządów. Aby temu przeciwdziałać, podajemy kroplówki! Zwiększając podaż płynów w organizmie, wymuszamy diurezę – przepływ krwi przez naczynia i nerki. Kolokwialnie mówiąc, płuczemy organizm.

Kiedy to wszystko wytłumaczyłam właścicielowi Jacka, zrozumiał, że zdenerwowanie psa w tym konkretnym przypadku jest mniej istotne. Zachowanie funkcjonujących nerek i wątroby jest jednak ważniejsze!