Halina Golanko i Andrzej Kotkowski – dlaczego przygarniają bezdomne zwierzęta?


W moim rodzinnym domu, choć bardzo chciałam, nie było psa, podobnie sytuacja wyglądała u męża. W naszym wspólnym domu czworonóg pojawił się, gdy córka Gabrysia miała cztery lata, a trafił do nas z rąk aktorki Grażyny Barszczewskiej, której kundelka się oszczeniła.

Z czarnej Pyzy wyrósł zwierzak nie do opanowania, bo cokolwiek ktoś zrobił: wszedł, siedział, ruszył się, ona szczekała. Pewnego razu odwiedziła nas znajoma z zagranicy. Usiadła w fotelu, a gdy chciała wstać, Pyza tradycyjnie urządziła koncert. Znajoma spojrzała na psa i na nas i powiedziała: „Wy to musicie ją bardzo kochać”. I miała rację. Niestety, suczka towarzyszyła nam tylko przez dziewięć lat, miała raka wątroby.

Po odejściu Pyzy została nam jej córka Mela, a Gabrysia po jakimś czasie przygarnęła pieska błąkającego się w pobliżu Łazienek. Miał kilka miesięcy, był beżowy z kwadratową ostrowłosą mordką i bardzo się z moją córką pokochali. Gdy siedziała przy biurku, usadawiał się na krześle za nią: razem się uczyli, czytał z nią książki, spał z nią… Wołaliśmy na niego Mały.

Plażowe przygody

Z obydwoma pieskami mieliśmy plażowe przygody. Mela była okropnym łakomczuchem, co szczególnie udowadniała nam podczas wakacji w Dębkach. Gdy małe dzieci dostawały od rodziców kawałek słodkiej bułki i stawały z nim nad brzegiem morza, Mela do nich podchodziła i delikatnie wyjmowała im bułeczkę z rąk, co oczywiście, kończyło się wrzaskiem i płaczem. Błyskawicznie się potem oddalała ze swym łupem w zaciszne miejsce. Musieliśmy ukrócić ten proceder, co wiązało się z trzymaniem suczki na smyczy. Mały z kolei zaznaczał teren i kiedyś zaznaczył go wraz z panią czytającą książkę. Na szczęście stwierdziła tylko: „No to już przesada…”. Mały jednak podobnie jak Mela wylądował na smyczy. Niestety, mając siedem lat, też odszedł na raka – w jego wypadku płuc. Tylko Melą cieszyliśmy się przez całe 15 lat.

Mąż stwierdził wtedy, że ze względu na traumatyczne przeżycia związane z ich odchodzeniem więcej psów nie będzie. Jednak w jakiś czas potem, gdy wyjechał na zdjęcia w okolice Warszawy, przybłąkała się na plan zdjęciowy mała, beżowa trzymiesięczna suczka. Ktoś ją zapewne wyrzucił z samochodu. Suczka (nazwaliśmy ją później Czika) wybrała sobie męża, nie odstępowała go na krok, choć wraz z nim było tam 20 osób. Gdy zdjęcia dobiegły końca, mąż trwał w postanowieniu: żadnego psa więcej, ale odjechali może pół kilometra i poprosił kierowcę, żeby zawrócił. Czika siedziała w deszczu pod płotem i gdy go zobaczyła, wskoczyła mu na ręce. Beżowa suczka wyglądała na labradora i gdy ktoś o to pytał, mąż mówił, że tak, to labrador nałęczowski (mieszkamy przy ulicy Nałęczowskiej). Czika od 12 lat jest totalnie zakochana w Andrzeju – opłakuje każde jego wyjście.

Powrót z towarzyszem

Z kolei mój wyjazd na Mazury przed dziewięciu laty skończył się przygarnięciem wilkowatej Szyszki. Spacerowałyśmy z moją przyjaciółką i Cziką, gdy nagle dołączyła do nas jakaś psina. Myślałyśmy, że należy do kogoś, kto spaceruje po lesie, więc nie zwracałyśmy na nią uwagi. Ale okazało się, że jest niczyja. W połowie drogi do domu położyła się na trawie, tak była wyczerpana. Poczekałyśmy, aż odpocznie, i zabrałyśmy ją z sobą. Miała nad okiem ogromnego kleszcza. Trochę się bałam, ale pozwoliła go sobie wyjąć bez problemu. A potem położyła się na tarasie i przespała dobę. Szukaliśmy jej domu na Mazurach, bo myśleliśmy, że tam jej będzie lepiej, ale ktoś chciał ją do budy, a kto inny do pilnowania kempingu, w Warszawie z kolei wszyscy znajomi mieli już psy. Ale prawdę powiedziawszy, po tygodniu byłam tak w niej zakochana, że nie oddałabym jej za żadne skarby. To wspaniały pies, który kocha wszystkich ludzi, a weterynarza liże po ręce, gdy ten robi jej zastrzyk.

Teraz Szyszka przywiązana jest do mnie tak, jak Czika do męża. Gdy głaszczę Czikę, zazdrosna podchodzi i wpycha się między nas. Kiedy jednak pojawia się Andrzej, obie do niego biegną, by się załapać na pieszczoty. On daje im też poczucie bezpieczeństwa i dlatego Szyszka w czasie burzy, której się potwornie boi, szuka tylko jego. Czika z kolei musiała zostać odseparowana od opiekunów w bardzo brutalny sposób, bo odcisnęło to na niej ogromne piętno. Od początku bardzo przeżywa każde nasze wyjście z domu. Cały czas ma poczucie, że się ją zostawia, choć jej nigdy nigdzie nie oddaliśmy, zawsze jeździ z nami. Niestety żadne terapie nie odniosły skutku. Dopiero od pojawienia się Szyszki jest trochę lepiej.

„Bo jest brzydka”

W naszej rodzinie jest też trzeci pies – suczka Rudzia przygarnięta przez moją córkę 10 lat temu z Celestynowa. Pojechaliśmy tam jakiś czas po stracie Małego. Podczas wędrówki po boksach cały czas towarzyszyła nam ruda kędzierzawa suczka wielkości dużego jamnika. Opiekunka ze schroniska powiedziała, że nikt jej nie chce, bo jest brzydka. Na co córka: „To my ją bierzemy”. To najinteligentniejszy zwierzak w naszym stadku. I nikt zapewne wtedy nie przypuszczał, jak się skończy jej odyseja. Otóż mieszka od roku na Zanzibarze i rządzi w hotelu, którego córka jest menedżerką.

Uważam, że dzieci powinny się wychowywać ze zwierzętami, bo uczy to stosunku do słabszego. Cieszę się, że moje tak się wychowywały, bo widzę, jak są wrażliwe na zwierzęta, na starszych ludzi, na krzywdę. A z drugiej strony miłość zwierzaka jest niepowtarzalna – pytam zawsze: Kto mnie będzie tak kochał jak moja Szyszka? I powtarzam to, co ktoś kiedyś pięknie powiedział: „Boże, dopomóż mi być takim człowiekiem, jakim widzi mnie mój pies”.

Halina Golanko – aktorka i modelka, zagrała m.in. Ałłę w „Kolumbach” i Marię Rozner w „Tylko miłość”

Andrzej Kotkowski – reżyser, scenarzysta i aktor, dyrektor Akademii Filmu i Telewizji

wysłuchała: Magdalena Ciszewska