Portrety z sercem: stado, na jakie zasługuję – wywiad z Olą Voyną


To miała być opowieść o tym, jak mała Ola Voyna (158 cm) zawojowała świat. Jeśli temat wymknął się spod kontroli, całą odpowiedzialnością za to obciążam główną bohaterkę, która zamiast opowiadać o sobie, cały czas mówiła o psach.

Ola Voyna jest obciążona dziedzicznie, bo ma swoją miłość do zwierząt po ojcu i dziadku ze strony ojca. Otóż ten dziadek, Edward Wojna, miał to do siebie, że kochał psy. Gdy szedł ulicą, to rozdawał bezpańskim psiurom, co popadło, a to coś do zjedzenia, a to głask, a tym zdziczałym, które ludzi omijały wielkim kołem, rzucił przynajmniej dobre słowo. No i w efekcie, gdy na horyzoncie pojawiał się hycel, to te wszystkie biedy z okolicy przybiegały na dziadka Wojny podwórko. A ten przezacny człowiek (nazwijmy go roboczo Człowiekiem Pokoju) wszystkie te odrzutki wpuszczał do siebie do domu, aby je tam ukryć. I dopiero gdy hycel swoim skomlącym wozem odjechał, Człowiek Pokoju otwierał drzwi i wypuszczał kundle z powrotem.

Poprawczak dla psów

Ola i Norbert opowiedzą mi o życiu wśród zwierząt ze wszystkimi szczegółami – obiecują. – Bez upiększeń.

– Ile macie psów? – pytam, bo Pimpek znowu zmienił miejsce, a dwóm biegającym na zewnątrz nie zdążyłam się przyjrzeć. Ola, żeby się nie frustrować, nie ma zwyczaju numerować członków stada, którego liczebność ciągle się zmienia, więc pyta: – Norbert, ile teraz mamy psów? – Teraz sześć, ale bywało, że piętnaście. Szukamy im domów, a u nas zostają tylko te, które nie nadają się do adopcji. – Dlaczego się nie nadają? – pytam. – Zwykle dlatego, że nikt ich nie chce. Bo albo są schorowane, albo trudne. – Przyjmijmy, że macie poprawczak dla psów – mówię. Śmieją się oboje. – Tak, to wyjątkowe egzemplarze – zgadza się Norbert. – To jest stado, na jakie zasługuję – mówi Ola i jednym tchem wymienia wszystkie wady domowników.

Członkowie stada…

– Roman, zwany też Henrykiem, zdołał wykończyć doktora Michała Zielińskiego, który ma anielską cierpliwość do zwierząt. To znak, że ten pies jest osobowością psychotyczną – mówi Norbert. – Choć nie jest szczeniakiem, notorycznie zjada Oli buty, a mnie zeżarł książkę, na której mi bardzo zależało. – Ale przede wszystkim jest brudasem. Trzy dni się z nim szarpię, żeby wytrzepać mu kocyk – upiera się Ola. – Ponieważ jest mały, wchodzi na schody i stamtąd skacze innym psom na plecy. Oczy mu się jarzą na czerwono i wygląda w tej akcji jak seryjny morderca. Pimpek i Misiek otrzepują się z Romanka i idą na kanapę. Tylko dla Soni awantura w domu to dodatkowe źródło stresu – opowiada Norbert.

Sonia wszystkiego się boi i ma dużą nadwagę. Ze strachu leczy się sama, leżąc na kanapie, najchętniej przy kimś. Z nadwagą nie można nic zrobić, bo gdy ogranicza się jedzenie, wpada w depresję. Nie wychodzi na dwór, nie chce do nich podchodzić i zaczyna się drapać do krwi.

Mała Mi – to zdaniem wychowawców najpodlejszy pies na świecie. Wszyscy się nabierają na jej urodę, bo ma wyraziste oczy, gładką sierść i wargi jak umalowane, ale to zołza. Też lubi leżeć na kanapie, ale dla odmiany sama. Jeśli pierwsza zajęła miejsce, nie wpuści już nikogo. Gdy to ona chce się do kogoś dosiąść, zawsze ją wpuszczą. A po trzech minutach Małej Mi wydaje się, że leżała tu pierwsza i pokazuje wszystkim zęby, że mają się wynosić. Natychmiast.

czyli banda nie do zdarcia

Mieszaniec w typie husky Charlie nie wchodzi do domu, biega wzdłuż ogrodzenia i nieustannie pilnuje. – Podejrzewamy, że to rodzaj nerwicy, ale trochę nam spadł z nieba, bo jest naszym jedynym psem stróżującym. Reszta – proszę bardzo – pokazuje rozłożone w salonie kanapowce – nawet gdy ktoś wjeżdża na posesję, to żaden, za przeproszeniem, tyłka z poduchy nie ruszy – mówi Ola.

Michałek jest histerykiem manipulantem, nie przepuszcza okazji, by przypomnieć, że miał kiedyś chorą łapkę. Przed wiekami co prawda, ale Misio robi wszystko, aby nikt o tym nie zapomniał. Żałośnie podnosi łapę do góry i patrzy w oczy. Nawet w skale wzbudziłby litość. W dodatku jest też typem nałogowca. Ola potwierdza, że kilka razy wypił jej kawę, która stała przy komputerze, i teraz zawsze nawąchuje z kanapy, jaka jest zawartość filiżanki, którą jego pani niesie z kuchni.

– Pimpek? – pytam, żeby popisać się, że ogarniam stado. – Pimpek jest znerwicowany. Od czasu, gdy do nas trafił, minęły już prawie dwa lata, a on ciągle boi się mężczyzn. Dopiero od niedawna pozwala się Norbertowi głaskać i brać na ręce.

Z listu Oli do mnie: „Nasze stado zapewniło nam wczoraj sporo rozrywki. Przez wichurę płot nam się zawalił i zanim zauważyliśmy, kilkoro zdążyło się ulotnić. Jeden wrócił cały we krwi i łuskach. Okazało się, że ktoś wyrzucił resztki biednych karpi i Romanek postanowił się upiększyć”.

Między Głownem a Australią…

Spraw, które spędzają Oli sen z oczu, jest bardzo wiele. Bo obchodzą ją nie tylko okoliczne psy, ale i kundle z całego świata. Był czas, że żywo przejęta psami w Tajlandii zbierała dla nich datki. Do takich akcji ma dobrą rękę, rozesłała wici po kontynentach, wykorzystując swoje biznesowe kontakty, więc za jej pośrednictwem sporo osób ze Stanów Zjednoczonych i Australii wsparło finansowo schronisko i fundację Soi Dog. Jakiś czas później przejęta losem Myrona – australijskiego niewidomego psa – opisała jego historię, tłumacząc fragmenty książki napisanej przez Raquel Wood, jego właścicielkę.

Tu z kolei mimowolnie uruchomiła akcję zwrotną, tym razem australijski psi gwiazdor (bo Myron ma na całym świecie rzesze wielbicieli), uzbierał sporą sumę na przytulisko w Głownie, które bardzo wtedy potrzebowało wsparcia. Andaluzyjskie schronisko dla bezdomnych zwierząt w Marbelli za sprawą działalności Oli zyskało w osobie Shahed – właścicielce galerii sztuki w tym mieście – życzliwą protektorkę.

czyli nałóg pomagania zwierzętom

O schronisku w Głownie Ola i Norbert przeczytali w lokalnej gazecie. Informacja była lakoniczna. Mają trzydzieści psów. Jest ciężko. Potrzebują wsparcia. Wzięli dwa worki karmy i pojechali. Tak zaczęła się stała współpraca z Zofią Barańską, o której Ola może opowiadać w nieskończoność. O tym, że jest na emeryturze i zajmuje się psami, bo ma nałóg pomagania zwierzętom i mnóstwo energii. Że po kilka godzin dziennie jeździ po Głownie na rowerze, bo zawiadomiono ją, że gdzieś tam błąka się bezpański pies.

Kiedy na konto schroniska przeleją najmniejszą choćby kwotę, po jakimś czasie pani Zosia podsuwa im rozliczenie. – Patrzcie tutaj – mówi tonem nieznoszącym sprzeciwu – tyle poszło na karmę, tyle na sterylizacje, a za tyle kupiłam leki. Proszę, tu macie wszystko co do grosza – i podsuwa im spięte spinaczem rachunki. Ola przebiega wzrokiem wysoki słupek cyfr, mimowolnie zatrzymując się na pozycji „woda utleniona – 2,40 zł”.  – Zosia, daj spokój – mówi Ola – przecież nam to do niczego nie jest potrzebne.

1001 poduszek

O swoich sukcesach Ola mówi: „niechcący wyszło”. „Niechcący” wychodzą więc: kolejne serie unikatowych mebli, prestiżowe nagrody biznesowe, srebrna biżuteria, akcja „1001 poduszek” wspomagająca schroniska dla bezdomnych zwierząt z różnych zakątków świata oraz wielka suma, która za jej pośrednictwem od setek ludzi z całego świata wpłynęła na konto jednego ze schronisk, którego nazwy ani adresu podać oficjalnie nie może i nie chce, by nie przysporzyć właścicielom kłopotu.

Akcja „1001 poduszek” rozpoczęła się pośrednio za sprawą fatalnego stanu schroniska w Głownie. „Byłoby pięknie, gdyby ludzie trochę więcej uwagi poświęcili tym schroniskom, które mają blisko siebie”, zamarzyła głośno i naiwnie Ola. Świeciło słońce, psy leżały u ich stóp. Chwilę wcześniej przeglądali katalogi z próbkami materiałów tapicerskich do swoich mebli i któreś z nich wpadło na pomysł, że będą wspomagać schronisko, szyjąc z resztek poduszki. Ola wycinała skrawki, Norbert szył. Zdjęcia wyrobów umieścili w galerii, a każdy, kto przekazał datek na schronisko lub instytucję chroniącą prawa zwierząt, wybierał sobie z kolekcji dowolny egzemplarz.

Na początku nadawali paczki z poduszkami raz w tygodniu, później akcja nabrała tempa i pocztę odwiedzali codziennie. Panie z okienka, które musiały na wyrywki wyliczać znaczki do Stanów Zjednoczonych czy Australii nie były im specjalnie przychylne. Widząc ich z pakami w dłoniach, przytrzymujących kolanem drzwi, podnosiły oczy do nieba i wzdychały: „O, Jezu”. W gruncie rzeczy, kiedy skończyła im się gąbka – wszyscy, nie tylko urzędniczki poczty, odetchnęli z ulgą. – Najwyższa pora – skwitowała pomysłodawczyni – bo dom przypominał szwalnię. Norbert miał dość, a ja, kiedy zamykałam oczy, widziałam już tylko kolejne wzory poduszek.

Sukces psem podszyty

– Słuchaj, a kiedy wy właściwie pracujecie? – pytam. – W nocy, do trzeciej, czwartej nad ranem. Tak wypada ze względu na strefy czasowe. Około trzeciej zaczynają się kontaktować Stany, a informacje i decyzje chcą mieć szybko. Czasem jest to jedna osoba, a czasem piętnaście, zwykle wtedy, gdy się akurat ukazał jakiś artykuł. Kiedy Stany idą spać, budzi się Australia. Nasz przedstawiciel wstępnie omawia zamówienia, ale gdy dochodzi do rozmów z konkretnym klientem, rozmawiamy bez pośredników. Po Australii kładę się spać, choć właściwie wtedy powinnam być dalej do dyspozycji, bo to czas pracy w Dubaju. Przyzwyczailiśmy ich już jednak, że odpisujemy z pewnym opóźnieniem – mówi Ola. – Dlaczego my tak dużo rozmawiamy o firmie? – pytają oboje. – Bo chcę napisać o waszym sukcesie – odpowiadam.

Ola się zamyśla. – Stado jest moim sukcesem. – I twoim, Norbert? – Tu i teraz to najlepsza z możliwych rzeczywistości. To, co zawodowo robimy z Olą, i te dzieciaki – poklepuje Sońkę – a najbardziej Ola, bo bez niej nie męczyłbym się z taką bandą. Nic lepszego nie mogło mi się trafić.

– No, dobrze – przerywam – ale masz chyba poczucie sukcesu? – Oczywiście – odpowiada Ola i cytuje ulubioną maksymę Ralpha Walda Emersona, którego Mickiewicz nazywał amerykańskim Sokratesem „Wiedzieć, że choćby jednej istocie żyje się lepiej, ponieważ ty żyjesz – to właśnie znaczy odnieść sukces”.

Autor: Violetta Nowakowska