Pies z klanu – wywiad z Pauliną Holtz


O tym, jak przygotować psa na pojawienie się w domu noworodka, najwięcej dowiedziałam się w szkole rodzenia i od mojej położnej – mówi aktorka Paulina Holtz, właścicielka amstafki Topy.

Kocha, tęskni, cierpi, cieszy się. Pies czuje podobnie jak człowiek. W przedstawieniu „Czy pies ma duszę?”, w którym gram w Teatrze Polonia, Anioł przekonuje, że przecież pies nie tworzy kultury, sztuki, nie umie liczyć do stu… Jedna z bohaterek odpowiada wtedy, że jej ojciec żadnej z tych rzeczy też nie umiał, i co z tego? Widownia wybucha śmiechem i bije brawo. W rolę psa wcielił się Karol, rudo-biały mieszaniec pekińczyka i beagle’a. To pupil Marty Bartkowskiej, asystentki Krystyny Jandy (więcej o Karolu czytaj w „MP” 2/2009). Karol całe dnie spędza ze swoją właścicielką w teatrze. Uwielbia ludzi, a kiedy wchodzi na scenę, wywołuje uśmiech na twarzach widzów. Jest z nami przez dużą część spektaklu i wcale się nie nudzi, kiedy my rozmawiamy o tym, jak to się stało, że pies trafił w zaświaty wraz z ludźmi, ofiarami wypadku samochodowego. To oczywiście pytanie natury religijnej. Jeśli ktoś nie wierzy w Boga, to w ogóle nie ma takiego problemu. Według mnie istota, która myśli i cierpi musi mieć duszę. Podobno pies ma psychikę na poziomie trzyletniego dziecka…

Zamiast labradora

Suczka Topa pojawiła się w moim życiu na długo przed pojawieniem się dzieci. Najpierw marzyłam o labradorze, ale hodowczyni psów tej rasy, do której trafiłam, okazała się niezwykle mądrą i roztropną kobietą. Kiedy usłyszała, jaki prowadzę tryb życia, od razu mnie ostrzegła, że to pies nie dla mnie. Po pierwsze – powiedziała – część labradorów cierpi na chorobę lokomocyjną. Było to dla mnie kluczowe, bo chciałam bardzo często jeździć z psem samochodem. Po drugie, uprzedziła mnie, że labrador co prawda jest słodki, ale niewybiegany zdemoluje mi mieszkanie. Dodała do tego duże prawdopodobieństwo wystąpienia alergii i skłonność do dysplazji. Zrozumiałam wtedy, że muszę pomyśleć o innej rasie.

W tym czasie oszczeniła się amstafka operatora z serialu „Klan”. Gdy zobaczyłam Topę wśród pozostałych szczeniaków, od razu wiedziałam, że to będzie ona. Pojechałam po nią tuż po wakacjach, kiedy skończyła cztery miesiące. Biegała w ogrodzie ze swoją matką i dwiema siostrami. Zawsze była na końcu, nigdy nie podnosiła ogona, nie awanturowała się. Kiedy siostry ją zaczepiały, kładła się na plecach, a gdy miała dość, odgryzała się i uciekała. Już wtedy zorientowałam się, że jej charakter – jak na amstafa – jest nietypowy. Imię też ma nietypowe, składają się na nie pierwsze sylaby mojego imienia i imienia mojego ówczesnego partnera Tomka. Nie bardzo chciał mieć psa, więc wymyśliłam, że w ten sposób poczuje się jego współwłaścicielem. Nie zadziałało.

Trzy tony w szczęce

Zanim wzięłam Topę, czytałam oczywiście o american staffordshire terrierach, żeby wiedzieć, czego się spodziewać. Rasa ma złą sławę głównie dlatego, że pochodzące z podejrzanych hodowli amstafopodobne czworonogi bywają agresywne. Topa jest niemal całkowicie pozbawiona agresji, także w stosunku do innych psów. Co prawda nie pozwalam jej na bieganie z czworonogami, których nie znamy, ale to zrozumiałe, że nie mogę sobie pozwolić na jakiekolwiek ryzyko, wiedząc, że ma trzy tony nacisku w szczęce. Poszłam z nią na specjalne szkolenie dla amstafów, podczas którego starano się złamać psy, doprowadzić do tego, aby bezwzględnie słuchały właściciela. Kiedy patrzyłam na psiaki w podwójnych obrożach zaciskowych, wiedziałam, że Topa nic z tego nie rozumie. Takie szkolenie mi nie odpowiadało. Zrezygnowałam.

Suczka umiała to, co niezbędne, a i ja wiedziałam to, co chciałam wiedzieć. Wprawdzie nie nauczyła się chodzić blisko mnie bez smyczy, ale nie puszczam jej luzem tam, gdzie jest dużo ludzi. Wolę ją mieć na smyczy bez kagańca niż w kagańcu bez smyczy. Obie źle znosimy, gdy się nam zamyka usta.

Własne łóżko w hotelu dla psów

W wychowaniu amstafa najważniejsze są zasady i konsekwencja. Tak jak w stadzie rodzinnym. Dzieci uczę przestrzegania zasad, więc pies też musi mieć wyznaczone granice. Wszystko organizuję tak, żeby życie z Topą było przyjemnością i dla niej, i dla całej rodziny. Amstafka nie wchodzi na kanapy i nie skacze na ludzi ani nie wie, co to szarpanie się zabawkami. Kiedy była szczeniakiem, wkładałam rękę do jej jedzenia, zabierałam, a potem oddawałam miskę, dorzucałam smakołyki. Dzięki temu dziś mogę bez żadnego zagrożenia wyjąć jej najsmaczniejsze kąski z pyska. W naszym dwupiętrowym mieszkaniu Topka wie, że ma do dyspozycji tylko jeden poziom. Nawet nie próbuje złamać tej zasady.

Kiedy nie mam czasu na pieszczoty, psa jakby nie było, ale kiedy chcę ją przytulić, jest cała dla mnie, zabawa patykiem – to zabawa patykiem, koniec zabawy – to koniec, biegamy – w porządku, koniec biegania, to koniec i wracamy do domu. W efekcie Topa jest ulubienicą właścicieli zaprzyjaźnionego hotelu dla psów pod Warszawą. To doświadczeni psiarze, którzy tylko pierwszej nocy umieścili ją w kojcu. Potem już zawsze czekało na nią własne łóżko w ich domu.

100 procent zasad

Moja mama twierdzi, że mam dobre podejście do psów i dużo cierpliwości. Uważa nawet, że mogłabym zostać szkoleniowcem. W rzeczywistości wszystko sprowadza się do konsekwencji. Jeśli coś staje się zasadą, to na 100 procent pozostaje nią i nie ma od niej żadnych odstępstw.

W dzieciństwie miałam różne czworonogi, ale najdłużej, bo blisko 18 lat, była ze mną suczka Mimi (ratlerek). Jeden z najbrzydszych psów, jakie widziałam w życiu, ale też jeden z najmądrzejszych. Podobno rzadko się zdarza, żeby pies traktował małą dziewczynkę jako swojego przewodnika, ale Mimi zawsze mnie słuchała. Już wtedy czytałam różne książki o tym, jak pracować z psami, i poznałam zasady szkolenia pozytywnego. Miałam w kieszeni kiełbasę i pokazywałam Mimi, co ma zrobić, a ona błyskawicznie uczyła się różnych sztuczek. Moimi sojusznikami były inteligencja Mimi i mój daleki od dziecięcego szczebiotu niski, gruby głos, którym obdarzyła mnie natura i który doskonale sprawdza się w pracy z psem.

Pieluszka w kojcu

Przed urodzeniem pierwszej córeczki Tosi starannie przygotowałam się na spotkanie dziecka z psem. Trochę czytałam o tych relacjach, ale najwięcej dowiedziałam się w szkole rodzenia, a także od mojej położnej. W związku z tym mój partner przyniósł ze szpitala pieluszkę, którą wytarto Antosię po porodzie, i włożył ją do kojca Topy, żeby przyzwyczaiła się do nowego zapachu. Gdy przyjechałyśmy ze szpitala, suczka była poza domem, a kiedy wróciła, pozwoliliśmy jej obwąchać zawiniątko, z którym leżałam na kanapie. Topa złapała zapach, podziwiła się trochę i tyle. Potem czasami zaglądała do nas, ale nowy domownik mało ją interesował.

Kiedy półtora roku później wróciłam z kliniki z Marcysią, musiałam wręcz Topę zapraszać, żeby przyszła zobaczyć dzidziusia, ale dla niej liczyło się to, że ja już jestem w domu i zaraz dostanie jedzenie. Dla świętego spokoju pomachała ogonem na znak, że wie już o dziecku, ale teraz ma ważniejsze sprawy.

Nie myj rąk w misce psa

Nasze dziewczynki nigdy nie dręczyły Topy, jak to mają często w zwyczaju małe dzieci. Zresztą amstafka swoim zachowaniem nie daje dzieciom powodu, żeby się z nią szarpać. Spokojnie chodzi sobie po domu, czasem podejdzie na pogłaskanie czy przytulenie, ale głównie przysypia. I dziewczynki to szanują. Wiedzą, że Topa jest naszym przyjacielem i jak każdy domownik potrzebuje też odrobiny autonomii.

Małej Antosi pokazałam tylko, że miska z wodą dla psa nie służy do mycia rąk, a kiedy raczkowała i za bardzo zbliżała się do misek, odwracałam jej uwagę zabawką. A Marcysia naśladowała zachowania Antosi wobec psa.

Szczęście wypisane na pysku

Do niedawna Topka miała jedną wadę – zjadała swoje posłania. Materace, koce, poduszki, którymi mościłam jej plastikowy kojec, wyciągała i rozszarpywała na strzępy. Ostatnio zobaczyłam bardzo ładne posłanie i pomyślałam, że nawet jeśli Topie się nie spodoba, to będzie to idealne siedzisko dla dzieci. Amstafka spojrzała na nowy mebel i zrobiła taką minę, jak dziecko, kiedy dostaje wymarzoną zabawkę. Na jej pysku malowało się pytanie: czy to na pewno dla mnie?

Kiedy ją zachęciłam do położenia się, najpierw nieśmiało postawiła jedną łapkę, która się zapadła, bo posłanie jest dosyć miękkie, potem drugą i wreszcie, bez ceregieli położyła się całym ciałem i tak została. Przez następne dwie godziny leżała bez ruchu, ze szczęściem wypisanym na pysku. Nareszcie ma swoje ukochane miejsce. Plastikowy kojec powędrował do Azylu pod Psim Aniołem i mam nadzieję, że przypadł do gustu jakiemuś nieszczęśliwemu psiakowi.

Psi instynkt

Kiedy Topa była młodym psem, zabierałam ją czasem do teatru. Miała już wtedy kłopoty z chodzeniem z powodu dysplazji. Po jednej z prób weszłam do garderoby, a ona na powitanie podniosła się, używając tylko dwóch przednich łap. Zrobiła wszystko, żeby mi pokazać, że nic jej nie jest. A okazało się, że miała zerwane więzadło krzyżowe w kolanie. Bardzo mnie wtedy wzruszyła. Z oczami pełnymi łez wzięłam ją na ręce i pojechałyśmy do szpitala. Po operacji przez dziesięć dni miała chodzić w gipsie. W kołnierzu nie dawała sobie rady z przestrzenią, więc zaryzykowałam i go zdjęłam.

Na szczęście doskonale zrozumiała, że gips jest dla jej dobra, i przez 10 dni nawet go nie tknęła. Jedenastego dnia miałyśmy pójść go zdjąć. Zostawiłam wtedy Topę z ekipą fotograficzną, która robiła zdjęcia mojego mieszkania. Kiedy wróciłam, byłam przerażona, bo wszędzie walały się kawałki gipsu, który Topa zerwała z łapy. Byłam wściekła na ludzi

z ekipy, że nie zrobili nic, żeby temu zapobiec, ale złość minęła, kiedy okazało się, że z łapą wszystko jest już w porządku. I jak tu nie wierzyć w psi instynkt?

Paulina Holtz, aktorka teatralna i filmowa, od ukończenia w 2002 r. Akademii Teatralnej jest w zespole Teatru Powszechnego, w serialu „Klan” gra Agnieszkę Lubicz 

Autor: Paulina Król