Skok na ratunek - Psy.pl - mamy nosa!

Skok na ratunek

Nawet gdy ratownik nie jest już w stanie walczyć z żywiołem, pies doholuje do brzegu i jego, i topielca

Podczas lotu w otwartej kabinie śmigłowca Eva była bardziej zaintrygowana oglądanym po raz pierwszy z powietrza światem niż przestraszona tym, co się z nami dzieje – wspomina nieodłączny towarzysz biszkoptowej labradorki Roberto Gasbarri, który na co dzień zajmuje się wynajmem nieruchomości, ale większość czasu poświęca na szkolenie psów ratowników. – Chciała wszystko widzieć, nie pozwoliła się odsunąć od otwartych drzwi, a kiedy helikopter zawisł trzy metry nad wodą, śmiało skoczyła razem ze mną…

– Psy, które dzisiaj skaczą z helikopterów, 200 lat temu potrafiły skoczyć w fale oceanu z pokładu żaglowca, aby dopłynąć z liną ratunkową do tonących – mówi Ferruccio Pilenga, z wykształcenia filozof, a z zamiłowania instruktor psów i założyciel włoskiej szkoły psich ratowników wodnych Scuola Italiana Cani Salvataggio. Od prawie 20 lat szkoli nowofundlandy, labradory, owczarki niemieckie i mieszańce.

Raj, w którym serwują przysmaki
Wyszkolone psy potrafią skakać do wody nawet z wysokości 5 m. Wyższy pułap jest niebezpieczny dla zwierzęcia, które przecież nie wykonuje skoku w pozycji pionowej jak ludzie, tylko na brzuch. Dlatego też z większej wysokości psy ratownicze spuszczane są z instruktorem na linie.

Pierwszy wspólny skok Roberta i Evy poprzedziły lekcje oswajania zwierzęcia z helikopterem. Najpierw była zabawa w pobliżu stojącego ze zgaszonym silnikiem śmigłowca i wewnątrz maszyny. Potem to samo powtarzano już przy kręcącym się z hukiem śmigle. Eva, przyzwyczajona do warkotu motorówki, nie okazywała zbytniego zaniepokojenia. Kiedy na komendę posłusznie wskoczyła do gotowej do startu maszyny, w nagrodę dostała swój ulubiony pasztet z tuńczyka. – W ten sposób śmigłowiec skojarzył jej się z rajem, gdzie serwują najbardziej wyszukane przysmaki – śmieje się Roberto.

Porozumienie bez słów i szczekania
Skok z helikoptera to jednak wcale nie najtrudniejsza próba dla psów ratowniczych. Instruktorzy SICS podkreślają, że w ratownictwie wodnym – inaczej niż w wypadku czworonogów gruzowiskowych czy lawinowych – przewodnik i pies uczestniczą w całej akcji równolegle. Zrzuceni z helikoptera, muszą natychmiast pospieszyć z pomocą zagrożonym ludziom. Podczas egzaminów surowo oceniane są więc zmysł orientacji, szybkość podjęcia akcji ratowniczej i zdolność stawienia oporu krótkiej, załamującej się fali, która zalewa psu nos, a także utrudniającym widoczność, rozpylanym przez podmuch śmigłowca kropelkom wody.

Na skok z helikoptera pozwala się tylko najlepiej wyszkolonym psom. O poziomie wyszkolenia świadczy nie tylko umiejętność spełnienia jak najlepiej jak największej liczby trudnych poleceń. – Jeżeli przewodnika i psa nie łączy wzajemne zaufanie, jeżeli nie potrafią się porozumieć za pomocą jednego spojrzenia, nigdy nie będą stanowili dobrej ekipy ratowniczej. Najważniejszym elementem szkolenia jest wytworzenie ścisłej więzi między człowiekiem a zwierzęciem – podkreśla Roberto.

200 psów ratowników wzdłuż włoskich wybrzeży
Roberto i Eva pracują razem już osiem lat. Zaczynali w Anconie nad Adriatykiem, a potem przenieśli się nad Morze Tyrreńskie, gdzie Roberto założył pod Rzymem jedną z 10 działających obecnie we Włoszech filii szkoły Ferruccia Pilengi. Scuola Cani Salvataggio Tirreno jest niezależnym stowarzyszeniem wolontariuszy, do którego może należeć każdy właściciel psa. Jednym z jej honorowych członków jest znany piłkarz klubu AS Roma Francesco Totti, właściciel pary biszkoptowych labradorów o imionach Flipper i Ariel.

Roberto co roku organizuje szkolenie dla około 30 ekip. Jesienią i zimą ćwiczą na lądzie, a od marca zaczyna się sezon wodny. Opłata za udział z psem w cotygodniowych spotkaniach wynosi ponad 500 euro. W tym roku we Włoszech działało już 200 ekip ratowniczych złożonych z psa i człowieka. 50 z nich to regularne jednostki operacyjne, zdolne działać w każdych warunkach i bez względu na okoliczności. Scuola Italiana Cani Salvataggio Ferruccia Pilengi jest akredytowana przy włoskim Ministerstwie Transportu i Gospodarki Wodnej oraz upoważniona do wydawania patentu ratownika – dostają go równocześnie właściciel i pies. Jeśli chcą zostać zaliczeni do grona ekip ratowniczych, co roku muszą razem powtarzać trudny egzamin sprawnościowy (wiedza z zakresu Basic Life Support, umiejętności pływania i holowania człowieka, zdolności działania na sprzęcie każdego rodzaju).

Szkolenie psa można zacząć, kiedy ma cztery miesiące, ale samego ratownictwa nie uczy się, zanim nie skończy półtora roku. Ferruccio Pilenga jest zdania, że instynkt stadny psów sprawia, iż najlepsze wyniki przynosi szkolenie w grupie. – W ten sposób można też wyeliminować wzajemną agresję czworonogów i przyzwyczaić je do współpracy – dodaje Roberto.

W szkole Roberta półtoraroczny kurs kończy z dyplomem ratownika nie więcej niż 10 ekip, przy czym dobrymi ratownikami będzie najwyżej pięć par uczniów, a na skok z helikoptera poważą się może 2-3 z nich. – Psy z operacyjnych ekip ratowniczych szkolone są przez cały rok. Muszą umieć skoczyć do wody nie tylko z pontonu, ale i z wysokiej motorówki czy z wodnego skutera, niezależnie od wysokości fali. Spotykamy się więc co miesiąc i próbujemy nowe rodzaje łodzi czy sprzęt innego rodzaju, jak właśnie śmigłowce – tłumaczy Roberto.

Żeby ratować, trzeba trenować
W lecie pracę psów organizuje się w porozumieniu z lokalnymi władzami regionów nadmorskich. W tym roku na przełomie lipca i sierpnia czworonogi pilnowały m.in. kąpieliska w Positano na wybrzeżu Amalfi. Codziennie na publicznej plaży dyżurowało dwóch ratowników z psami. Ekipy zmieniały się co cztery dni. Podobnie było na plaży w Civitavecchia na północ od Rzymu.

Komendant portu w Gaecie kapitan Vincenzo Leone opowiada, że psy ratownicze ocaliły tego lata życie 10 osobom. Jest gorącym zwolennikiem patrolowania wód przybrzeżnych przy użyciu jednostek straży zabierających na pokład ratowników z psami. Uważa, że gwarantują one większe bezpieczeństwo kąpiących się.

Dzięki uprzejmości kapitana Leone dwoma motorówkami straży przybrzeżnej wyruszamy w morze sprawdzać umiejętności trzech labradorów i jednej czarno-białej nowofundlandki. Czekoladowa trzyletnia labradorka Atena – choć najmłodsza – na motorówkę wskakuje jak stary wilk morski. Obok niej na rufie z nosem wycelowanym w fale mości się biszkoptowa labradorka Tea. Kiedy jesteśmy już na otwartym morzu, z towarzyszącej nam drugiej motorówki rzuca się do wody dwójka pozorantów. Stefano i Raffaella są ratownikami, ale dzisiaj udają topielców – rozpaczliwie machają rękami, rozpryskując wokół siebie wodę. Siedzące dotąd spokojnie na pokładzie Tea i Atena zaczynają szczekać i wyrywać się na pomoc. Jednak dopiero po wydaniu komendy bez wahania skaczą do morza. Są tak wyszkolone, że kiedy zbliżają się do tonącego człowieka, najpierw opływają go dookoła, czekając, czy jest na tyle świadomy, że sam uchwyci specjalną pętlę na szelkach. – Jeśli nie jest w stanie włożyć ręki w uchwyt, pies delikatnie stara się go złapać za nadgarstek i popchnąć przed sobą do brzegu lub w kierunku łodzi – wyjaśnia Roberto.

Ferruccio Pilenga zrezygnował ze stosowanych w psim ratownictwie tradycyjnych skórzanych szelek z ciężkimi miedzianymi ogniwami i z dodatkowego pływaka – jego zdaniem raczej utrudnia on zwierzęciu pracę, niż zapewnia mu większą skuteczność działania.

Szelki Pilengi zrobione są z lekkich włókien syntetycznych i wypełnione pianką – dzięki temu zamiast obciążać psa, pomagają mu utrzymać się na powierzchni wody. Wykonano je z jednego, odpowiednio skrzyżowanego, długiego pasa i zaopatrzono w uchwyt na grzbiecie. Można do nich przypiąć karabinkiem dłuższy uchwyt, a nawet smycz. Czasem psi ratownicy ruszają do akcji w kamizelce ratunkowej potocznie zwanej „żółwiem”, bo upodabnia je on do pokrytego chitynowym pancerzem gada.

Sztuczne oddychanie już w wodzie
Pies nigdy nie działa sam. Równocześnie z nim do tonącego podpływa ratownik, który podtrzymując głowę topielca jedną ręką, drugą łapie się uchwytu na grzbiecie zwierzaka i pozwala mu holować się na brzeg lub do łodzi. Ferruccio Pilenga przeprowadził wiele doświadczeń pozwalających na zastosowanie jeszcze w wodzie sztucznego oddychania. Dzięki holowaniu przez czworonoga ratownik dociera do tonącego niezmęczony. Przekłada lewą rękę przez uchwyt na grzbiecie psa i zatyka nią nos tonącego. Równocześnie prawą ręką podtrzymuje jego brodę i zaczyna sztuczne oddychanie bez uciskania mostka. W ten sposób komórki mózgowe ratowanego człowieka są niedotlenione przez znacznie krótszy czas, niż gdyby reanimację podjęto dopiero na brzegu.

Psy mogą holować duże ciężary na odległość nawet kilkuset metrów i potrafią instynktownie wyczuwać prądy morskie, dlatego są bezcennym sprzymierzeńcem ratownika. Płynąc z psem, wie, że wytrzymałe zwierzę na pewno bezpiecznie doholuje go z powrotem na brzeg.

– Kiedy parę lat temu pracowałem z Evą jako ratownik w Maratei – wspomina Roberto – silna fala wyrwała z rąk chłopca styropianową deskę i porwała go w głąb morza. Rzuciliśmy się na pomoc, gdy chłopiec już znikał pod wodą. Udało nam się go znaleźć dość szybko. Lecz kiedy wyciągnąłem dziecko na powierzchnię, okazało się, że powracająca fala nie pozwala mi wrócić na brzeg. Tylko dzięki Evie dopłynąłem szczęśliwie z powrotem.

Po raz pierwszy psi ratownicy z SICS uratowali czwórkę tonących w 1994 roku. Rok później psy wyratowały kolejnych 10 osób, a w 1996 roku patrolowały już przy współpracy z kapitanatami portów 14 odcinków włoskiego wybrzeża. – Nasze psy ratownicze w sumie ocaliły życie ponad stu tonącym – mówi Roberto. – Wydaje się, że to nie jest tak dużo, ale jeszcze kilka lat temu nie było nawet dziesięciu ekip ratowniczych. Dopiero ostatnio jest nas coraz więcej i dziś zdarza się nawet, że plażowicze przynoszą naszym psom lasagne.
Jaki pies na ratownika wodnego?

Powinien ważyć od 35 do 55-kg (psy olbrzymy wcale nie muszą być najlepszymi ratownikami, a dodatkowo znaczny ciężar utrudnia wciągnięcie ich po udanej akcji z powrotem na łódź), być silny i mieć naturalną skłonność do przebywania w wodzie. Pokryte gęstym futrem nowofundlandy w porównaniu z innymi psami mają jedną zaletę: instynkt ratowania. Inne psy uczą się tego od nich podczas szkolenia.
Nauka pływania

Nie każdy pies, nawet jeśli jest nowofund­landem, potrafi pływać. Często trzeba go stopniowo i cierpliwie tego uczyć, korygując jego nieprawidłową pionową postawę, gdy stara się utrzymać na powierzchni, przebierając przednimi łapami. Należy wtedy delikatnie podnieść do góry tylną część tułowia i utrudniając ruchy przednich kończyn, nauczyć psa pływania tak, aby cały grzbiet, dzięki poruszaniu tylnymi łapami, znajdował się nad powierzchnią wody. Jeśli zwierzak potrafi całkowicie zaufać człowiekowi, zdarza się, że zdaje się na niego i pozwala unosić się w wodzie.

Takie ćwiczenia najlepiej przeprowadzać na głębokości 1-1,5-m, kiedy człowiek wyczuwa jeszcze grunt pod nogami, a pies już unosi się na wodzie. Ferruccio Pilenga zdecydowanie odradza wrzucanie zwierzaka na głęboką wodę lub zmuszanie go, by starał się dogonić instruktora. Najlepiej płynąc na plecach i ewentualnie pomagając sobie płetwami, korygować zachowanie psa, który powinien spokojnie i bez wysiłku towarzyszyć nam w wodzie – tak samo jak na spacerze.

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Przeczytaj także

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *