Pies poliglota – wywiad z Weroniką Marczuk


Chihuahua Bąbel Weroniki Marczuk lubi dawać ludziom całusy, biegać po lesie z tatą swojej właścicielki, a do niej samej udaje się na pieszczoty.

Bąbel jest trójjęzyczny. Tak jak cała rodzina porozumiewa się w językach ukraińskim, rosyjskim i polskim. Dlatego doskonale czuje się zarówno u moich rodziców, jak i u moich przyjaciół Polaków. Ma jednak swoje ulubione wyrażenia w konkretnych językach, więc kiedy usłyszy po rosyjsku „wodiczki?”, to reaguje dużo żywiej, niż na „chcesz wody?”, ale „chodź” i „spacerek” o wiele bardziej pobudzają go wypowiadane po polsku.

Bąbelek nigdy nie był specjalnie szkolony, ale rozumie wszystko, co się do niego mówi, i sam też umie doskonale porozumieć się z człowiekiem. Pokaże, kiedy jest głodny czy spragniony, przytuli się, kiedy jestem smutna. Gdy tylko ktoś podniesie głos w jego towarzystwie, od razu się kuli i podaje łapkę, jakby chciał powiedzieć: „Ludzie, dajcie już spokój”. Lubi też dawać całusy. Kiedyś odwiedziłam z nim ciotkę na Ukrainie. Tak ją wylewnie przywitał, że śmiała się potem, że żaden mężczyzna tak serdecznie jej nie całował jak Bąbel. Mamy też umówiony sygnał dźwiękowy, po którym Bąbelek śpiewa nieco ochrypłym głosem. Mam nieodparte wrażenie, że jest znacznie mądrzejszy od dwuletniego dziecka, do którego poziomu przyrównuje się psy.

fot. Celestyna Król

Waleczny chojrak

Trafił do mnie siedem lat temu, kiedy jeszcze byłam mężatką. Mieliśmy dom na Mazurach, do którego często jeździliśmy. Wtedy psów było kilka. Na co dzień w Warszawie towarzyszyły nam owczarek niemiecki Nefi i przygarnięty kundelek Wini, a potem Bąbel. Na działce natomiast gorąco witały nas Striełka wzięta ze schroniska w Ostródzie i Biełka uratowana przed umieszczeniem w schronisku. Wini zachorował na babeszjozę i nie starczyło mu sił, by ją zwalczyć. Było mi bardzo smutno po jego śmierci i dlatego zaczęłam się rozglądać za pieskiem, który wypełniłby pustkę po Winim. Myślałam już wcześniej o jakimś małym czworonogu. Nawet interesowałam się teacup dogs, pieskami, które są tak małe, że mieszczą się w filiżance. W Moskwie panował wtedy na nie szał. Wiadomo, w Moskwie wszystko musi być „naj”, a to były najmniejsze psy na świecie. Na szczęście znajomi odradzili mi ten zakup. Posiadanie takiego minipsa to duże ryzyko, ponieważ nie tylko mają one bardzo delikatne kości podatne na złamania, ale też narażone są na wiele chorób, co często przyczynia się do ich przedwczesnej śmierci. Znalazłam wtedy w internecie hodowlę, z której pochodzi Bąbelek.

Chihuahua powinna być odważna, ale Bąbel był trudnym przypadkiem. Na początku bał się wszystkiego. Kilka lat minęło, zanim stał się takim zwierzęciem jak teraz, czyli przyjacielskim psem o odwadze lwa. Waleczności nauczył się od Nefi, z która się wychowywał i która była dla niego jak starsza siostra. Uwielbiał ją naśladować. Z tamtej nauki pozostało mu podbieganie do dużych psów bez cienia bojaźni.

fot. Celestyna Król

Syneczek tatusia

Bąbelka konsekwentnie i stanowczo, tak jak mnie jako dziecko, wychowywał mój tata. Teraz wystarczy, że wymówi jego imię, a on od razu jest na nim skupiony. Często rozumieją się bez słów, wystarczy, że tata wykona jakiś prosty gest i Bąbel od razu wie, o co chodzi. Ja niestety trochę go rozpuszczam, więc owszem, słucha mnie, ale z opóźnionym zapłonem. Na początku byłam zła na tatę, że jest dla Bąbla taki surowy, ale złe emocje opadły, kiedy zobaczyłam, jak pies jest w niego wpatrzony.

Ode mnie Bąbel potrzebuje pieszczot, a tata daje mu zupełnie coś innego, jest jego przewodnikiem i spędza z nim dużo czasu na spacerach. Już o szóstej rano biegają dwie godziny w parku, w ciągu dnia kolejna godzina spaceru, potem o osiemnastej krótka przechadzka i wieczorem znowu godzina biegania. A kiedy tylko tata ma więcej wolnego czasu, to wybiera się z Bąblem do lasu i wędrują po nim godzinami. Bąbel ma już wyrobiony taki nawyk, że gdy tylko zobaczy tatę, błyskawicznie biegnie po smycz i już jest gotowy do wyjścia. Dla mnie najważniejsze jest dobro psa i dlatego jestem wdzięczna rodzicom, że poświęcają swój czas Bąbelkowi. Sama też regularnie z nim spaceruję, więc ruchu na pewno mu nie brak.

fot. Celestyna Król

Trudne rozstania

Do rozwodu nie wyobrażałam sobie życia bez psa, bo od dzieciństwa zawsze jakiś mi towarzyszył. Kiedy przyjechałam do Polski, kupiłam spaniela tybetańskiego. Pol był cudowny towarzyszem. Zabierałam go wszędzie, prawie się z nim nie rozstawałam. Niestety, kiedy miał osiem lat, został ukradziony z naszego ogródka w Komorowie, gdzie wtedy mieszkaliśmy. Nie pomogły ogłoszenia w gazetach, w radiu. Ktoś go widział w pobliskiej wsi, ale to był fałszywy alarm. Myślę, że Pol nie przeżył srogiej zimy, która wtedy panowała.

Bardzo trudno pogodzić się ze startą ukochanego czworonożnego przyjaciela. Niełatwo też jest znaleźć się w sytuacji, kiedy w wyniku rozwodu trzeba zdecydować, z kim zostaną psy. Choć serce mi pękało, rozsądek nakazywał, żeby zostały tam, gdzie mają przestrzeń do biegania. Dlatego wyprowadziłam się tylko z Bąbelkiem, który jest mały i bardziej nadaje się do mojego nowego, panieńskiego życia. A do Nefi, Biełki i Striełki staram się zaglądać od czasu do czasu.

Nie dla paparazzich

Dziś żyję inaczej niż przed laty i dlatego zmieniło się moje podejście do kwestii posiadania psa. Nadal kocham zwierzęta, a moim marzeniem jest mieć dom i rodzinę, a potem nawet kilkoro czworonożnych przyjaciół. Gdy ma się psa w mieście i dużo obowiązków, trudno jest zaspokajać wszystkie psie potrzeby. Kiedyś wydawało mi się, że jeśli kocham mojego pupila, to wystarczy, że go przytulę, kiedy wieczorem wrócę do domu.

Teraz, kiedy wychodzę na cały dzień, to serce mi się kraje, jeśli nie mogę zabrać Bąbelka z sobą. Inaczej postrzegam miłość do psa, bardziej poprzez jego potrzeby, a nie swoje. Chihuahua wbrew pozorom to prawdziwy pies, który zdecydowanie lepiej czuje się na spacerze w lesie niż na rękach właściciela pozującego paparazzim. Wiem to, bo widzę, jaki Bąbel jest szczęśliwy, kiedy może się wyhasać na wielogodzinnych spacerach.

Weronika Marczuk, producentka filmowa, prawniczka, aktorka 

Autor: Paulina Król