Księżniczka Lea z Bielan – wywiad z Julią Wróblewską


W jakim celu użyła szantażu i dlaczego nie rozmawia ze swoim psem – tylko nam wyznaje Julia Wróblewska.

Wywiad z magazynu „Mój Pies i Kot” nr 4(13)/2016Z Julią Wróblewską rozmawia Paulina Król.

Gdy była w piątej klasie szkoły podstawowej, jej rodzina zamierzała się przeprowadzić. Julia była tak bardzo związana z przyjaciółmi ze szkoły, do której chodziła, że absolutnie nie chciała jej zmieniać. W końcu postawiła warunek, że jeśli spełni się jej największe marzenie, czyli dostanie upragnionego psa, wtedy ustąpi. I tak się stało. Zgodziła się przenieść do nowej szkoły na warszawskich Bielanach i od razu upomniała się o pieska. Suczka Lea, yorkshire terrier, trafiła do niej tuż przed rozpoczęciem nauki w nowym miejscu.

Mały szantaż się powiódł, ale pies to kłopot dla mamy, która jest bardzo pedantyczna.

Mama lubi psy, bo się z nimi wychowywała, ale rzeczywiście nie znosi włosów, nawet swoich, na meblach, ubraniach ani dywanach. Jednak to ona kupiła psa i na pewno tego nie żałuje. Zresztą wybór rasy nie był przypadkowy. Yorki, których włos przypomina ludzki, nie gubią sierści. Poza tym wybrałyśmy tę rasę ze względów ekonomicznych – to mały pies, który łatwo odnalazł się u nas w domu. Mnie zawsze podobały się yorki, bo są takie pocieszne.

To było twoje największe marzenie?

Zawsze chciałam mieć psa, przyjaciela, który nie jest człowiekiem. Pies jest taki wierny, oddany, wesoły. Jestem szczęśliwa, że to marzenie się spełniło. Innych marzeń na razie nie mam. Doceniam to, jak wiele już w życiu dostałam, i tym się cieszę.

Lea to dość oryginalne imię dla psa.

W „Gwiezdnych wojnach” występuje księżniczka Leia i właśnie takie imię chciał dać tata. Jednak mamie nie bardzo ono pasowało i zaproponowała podobne, ale ładniej brzmiące. Mnie też bardzo się podobało, bo się wyróżnia wśród wielu popularnych psich imion. Jako szczeniak Lea, jak wszystkie małe yorki, była czarną kuleczką, a teraz, w opinii mamy, upodobniła się do swojej właścicielki, czyli do mnie: obie mamy złotoblond włosy i duże, ciemne oczy.

Yorki to z reguły psy pełne werwy. Spędzacie razem czas aktywnie?

Lea nie ma w sobie w ogóle energii. Najchętniej by leżała i nic nie robiła. Czasami pobawi się rzuconą zabawką, ale tylko wtedy, kiedy ma na to ochotę. Dłuższe spacery też nie wchodzą w grę, bo Lea wychodzi się załatwić i szybko chce wracać do domu. Lubi sobie pobiegać jedynie wtedy, gdy zabieramy ją do dziadków na wieś. Na ich podwórku jest zawsze kilka dzikich kundelków, które żyją co prawda swoim życiem i głównie chodzą za dziadkiem, ale to właśnie z nimi Lea chętnie się bawi. Za psami swojej rasy raczej nie przepada. Wśród kundelków czuje się jak arystokratka i lubi nimi rządzić. Podzielam zdanie pewnego behawiorysty, który powiedział, że „yorkshire terriery uważają się za coś lepszego”, bo Lea zawsze się trochę wywyższa.

Lubisz gotować. Czy dla swojej „arystokratki” też przygotowujesz coś specjalnego?

Zajmuję się głównie pichceniem słodkości, a psom, jak wiadomo, nie wolno ich podawać. Lei wystarczy gotowany kurczak, najlepiej z rosołu. Najbardziej szaleje jednak za kaczką. To jedyne mięso, którego za nic nie odda. Normalnie Lea nigdy nie warczy, ale kiedy ma kaczkę w pysku, można się przekonać, że potrafi to robić. Lubi też ogórki, orzechy i wiele innych ludzkich pokarmów, ale na szczęście nigdy nic jej nie zaszkodziło. A zdarza jej się czasem coś sprytnie ukraść. Potrafi wyjąć sobie kanapkę z torby, odwinąć z folii i wyjeść samą szynkę, a całą resztę zostawić.

Psocenie to jej specjalność?

Czasem łapą wysypuje jedzenie i zjada je potem z podłogi albo bierze w pysk miskę i pokazuje, że chce wody, oczywiście przy okazji kapiąc po całym domu. Jednak gdy tylko coś przeskrobie, to od razu idzie ze spuszczoną głową do kojca. Tak ją nauczyła mama. Lea jest do mamy bardzo przywiązana i jej najbardziej słucha. A potem, kiedy już uzna, że czas kary powinien się skończyć, pomału wychodzi z kojca i sprawdza, czy już może się do którejś z nas przytulić. Rozbawia nas, kiedy szczekając, próbuje naśladować wypowiadane przez nas „a, a, a”. Lea jest bardzo inteligentnym psem.

Julia Wróblewska i Lea
fot. Celestyna Król

Czy zdarza ci się rozmawiać ze swoją czworonożną przyjaciółką?

Z psem raczej nie ma jak ani o czym pogadać. Pies to jest tylko pies, więc uważam, że jeśli będzie się go traktować jak człowieka, to trudniej będzie się pogodzić z jego odejściem, a jak wiadomo, zwierzę żyje znacznie krócej niż człowiek. Dobre jest chociaż to, że akurat yorki żyją nawet kilkanaście lat. Lea jest na pewno kimś ważnym w moim życiu. Po sześciu latach zdążyłam się do niej przywiązać i nie wyobrażam sobie, żeby można ją było na przykład komuś oddać. Czasem, kiedy coś sknoci i bardzo zdenerwuje mamę, wtedy mama niby się złości i sobie żartuje, że odda tego „pchlarza”. Ale wiadomo, że nigdy tego by nie zrobiła, bo tak jak ja jest z Leą bardzo związana.

Jednak o Lei rzadko piszesz na blogu albo na Instagramie.

To prawda, ale nie piszę, bo nie mam specjalnego pomysłu, co ciekawego mogłabym napisać. Ona jest po prostu członkiem rodziny. To trochę tak, jakbym miała dzielić się codziennymi sprawami związanymi ze swoją mamą lub siostrą. Byłoby to pozbawione sensu.

Lea
fot. Celestyna Król

Czy Lea tęskni, kiedy długo cię nie widzi?

To dziwny pies. W zasadzie zachowuje się trochę jak kot. Nie jest typową przytulanką, bo sama dyktuje, kiedy chce być pogłaskana i tylko wtedy podchodzi na pieszczoty. Ostatnio rzeczywiście częściej jestem poza domem i Lea tęskni. Wskakuje na moje łóżko i tam mnie wyczekuje. Gdy już przychodzę, to pół godziny skacze z radości i doprasza się głaskania. A w nocy kręci się po całym domu i śpi ze wszystkimi po kolei. Ma taki rytuał, że zasypia ze mną, potem się budzi o określonej porze i przenosi się do mojej siostry Oliwii, a na końcu trafia do mamy.

Yorki stroi się w różne ubranka, gdy jest zimno. Czy Lea ma swoje okrycia?

Psy potrafią ogarnąć się same. Zanim zostały udomowione, jakoś ubranka nie były im potrzebne, więc uważam, że skoro kiedyś nie nosiły pelerynek, sweterków ani bucików, to po co im to teraz.

Wśród wielu zajęć znajdujesz czas na udział w różnych akcjach charytatywnych zarówno na rzecz ludzi, jak i zwierząt.

Mam duszę filantropki. W szkole organizowano zbiórki karmy dla schronisk, w których zawsze brałam udział. Kiedy tylko pojawia się jakaś ciekawa akcja charytatywna, to chętnie się w nią angażuję. Uważam, że jeśli mogę komuś w czymś pomóc, to powinnam to zrobić. Nie ma znaczenia, czy dotyczy to ludzi, czy zwierząt. Każdy ma uczucia i nikt nie powinien być gorzej traktowany. Bardzo mi jest przykro, kiedy widzę na przykład wygłodniałego kotka lub psa z bolącą łapką. One tak samo cierpią jak głodny albo odczuwający ból ręki człowiek.

Julia Wróblewska – 17-letnia aktorka, jako dziecko zadebiutowała w filmie „Tylko mnie kochaj”. Od 2007 roku gra Zosię w serialu „M jak miłość”, w 2010 roku otrzymała tytuł Najukochańszej Postaci Serialu.

Autor: Paulina Król