Kundelek pokonał dywany – wywiad z Mają Bohosiewicz


O Lisi ze schroniska, która miała być Halinką, psim uśmiechu i wyrzuconych dywanach opowiada Maja Bohosiewicz.

Wywiad z magazynu „Mój Pies i Kot” nr 1(10)/2016. Z Mają Bohosiewicz rozmawia Paulina Król.

Kiedy pewnego październikowego dnia wychodziła z warszawskiego schroniska na Paluchu, gdzie od czasu do czasu wpadała wyprowadzać psy na spacer, jej uwagę przykuła suczka z ostatniego boksu tuż przy wejściu. Wpatrywała się w nią, zaczęła piszczeć, skakać i wtedy Mai przemknęła przez głowę myśl, że może ją zabierze do domu. Choć przychodziła do schroniska wielokrotnie, nigdy wcześniej nie brała pod uwagę, że przygarnie psa. Postanowiła, że porozmawia ze swoim chłopakiem, przyjadą tu razem, wyprowadzą suczkę na spacer i wtedy podejmą decyzję. Już miała wychodzić, ale kiedy jeszcze raz spojrzała na tego wiecznie uśmiechniętego psa, zdecydowała: nie zostawiam, biorę. Tak do jej domu trafiła Lisia.

Czy dla tak zapracowanej młodej kobiety pies w domu nie jest kłopotem?

Jeśli porównać życie psa za kratami schroniskowego boksu z życiem w jakimkolwiek, ale jednak domu, od razu nasuwa się wniosek, co jest lepsze. Nie zawsze jest łatwo, ale z moim chłopakiem Tomkiem dajemy sobie radę. Dzielimy obowiązki związane z psem. Ja na przykład lubię sobie pospać, więc Tomek wychodzi na poranne spacery. Gdy moje zajęcia mniej mnie absorbują, to ja poświęcam Lisi więcej czasu, a kiedy zdarza mi się wyjechać na parę dni, zajmuje się nią Tomek, a ja mogę być spokojna, że jest pod najlepszą opieką. Na szczęście oboje kochamy zwierzaki i dla nikogo nie jest to uciążliwe. Poza tym Lisię traktujemy jak pełnoprawnego członka rodziny.

Dlaczego zatem obawiałaś się adopcji?

Cztery lata temu kupiłam yorka z hodowli. Grażynka przeprowadziła się ze mną do Warszawy. Nie chciałam jej zostawiać ani na chwilę samej, więc dzielnie wszędzie ze mną chodziła. I na plan, i na imprezy do znajomych. Ale dostałam niespodziewanie pracę w serialu i życie Grażynki wywróciło się do góry nogami, zanim ostatecznie zamieszkała u moich rodziców. Dlatego, choć bardzo brakowało mi psa, ciągle sobie powtarzałam, że nie mogę go mieć, bo zrobię tylko krzywdę takiemu zwierzakowi. Kiedy powiedziałam rodzicom o wzięciu Lisi, najpierw się zmartwili. Wysłałam im więc filmik ze schroniska i po jego obejrzeniu tata powiedział: Nie dziwię się, też bym wziął tego psa!

Lisia
fot. Celestyna Król

Czyli Ty masz Lisię, a Grażynka azyl u rodziców?

Stało się to dość nieoczekiwanie. Wyjeżdżałam na wakacje i mama wzięła ją pod opiekę do siebie na Śląsk. Wracając, kupiłam bilet przez Katowice, żeby psa odebrać. Tata się zdziwił, że przyjechałam po Grażynę, i oznajmił mi, że suczka zostaje u nich. Do akcji wkroczyła też mama, która przekonywała mnie, jak dobrze piesek się u nich czuje. Widziałam, że bardzo pokochali Grażynkę. Tak więc z wielkim smutkiem, ale też odrobiną ulgi zostawiłam ją rodzicom. Pracowałam wtedy intensywnie przy serialu, a w domu rodziców Grażynka ma wspaniałe warunki. Mieszka z Boni, drugim yorkiem, z którym może się bawić. Mama jest na emeryturze, a więc ma sporo czasu na zajmowanie się psami. A tata tak jest z nimi związany, że czasem zabiera obie do swojej firmy, jeździ z nimi nad jezioro i pieszczotliwie nazywa je ukochanymi córeczkami.

Boni była Twoim pierwszym psem?

Jako dziecko przez cztery lata zamęczałam rodziców, że chcę mieć psa. Prenumerowałam miesięcznik „Mój Pies”, z którego wycinałam ogłoszenia ze zdjęciami yorków i wklejałam do zeszytu, a potem okłamywałam koleżanki, że tak wygląda mój pies. Dzwoniłam też do hodowli, udając, że chcę kupić szczeniaka. Największą przeciwniczką była mama, jednak nie dlatego, że nie lubi zwierząt, tylko dlatego, że obawiała się, iż wszystkie obowiązki spadną na nią. W tamtym czasie była jeszcze aktywna zawodowo, miała czwórkę dzieci, więc o psie nie było mowy. Zwierzak pojawił się u nas, kiedy miałam 10 lat. Potem jednak wyjechałam do Krakowa do liceum i Boni została z rodzicami. Teraz jest wiekową dziewczyną i choć ma nadwagę, prawie nie ma zębów i nie jest karmiona specjalistyczną karmą, to najbardziej żywotny york, jakiego znam.

Grażyna to imię dla człowieka. Nie spotykasz się z uwagami na ten temat?

I psy, i koty są naszymi przyjaciółmi, więc dlaczego nie mielibyśmy nadawać im naszych imion? Kiedy słyszę, że ktoś woła na psa Majka albo Sonia (tak ma na imię moja siostra), to nie czuję się urażona. Przeciwnie, cieszy mnie, że jeśli komuś podoba się czyjeś imię lub osoba, to chce mieć czworonożnego przyjaciela o takim samym imieniu. Mama mojego chłopaka ma na imię Grażyna. Kiedy dowiedziała się, że w mojej rodzinie jest pies o takim imieniu, najpierw pomyślała, że to żart. Ma jednak poczucie humoru i po prostu śmiała się z takiego zbiegu okoliczności.

Maja Bohosiewicz z Lisią
fot. Celestyna Król

Dlaczego zatem Lisia nie została Halinką?

Myśleliśmy o jakimś ludzkim imieniu dla naszej suczki. Ostatecznie uznaliśmy, że żadne do niej nie pasuje. A jej podobieństwo do lisa zdecydowało, że nazwaliśmy ją Lisią. Lisia ma w sobie też coś z goldena, jednak nazywamy ją z angielska „kandel bery”, czyli kundel bury. Sunia w dodatku ma wadę zgryzu, co sprawia wrażenie, jakby była cały czas uśmiechnięta.

Na Facebooku zamieściłaś apel, że szukacie behawiorysty, bo Lisia nikogo nie słucha…

Lisia jest kochanym psem, zupełnie pozbawionym agresji, ale nie mogliśmy jej nauczyć załatwiania się na dworze. Na początku załatwiała się w domu dosłownie wszędzie i sikała po 20 razy na dobę, choć była wyprowadzana. Poza tym zjadała wszystko, co znalazła na podwórku, i potem miała rozstrój żołądka, a na podłogach leżały jasne dywany. Drugi problem to jej okazywanie radości i skakanie na wszystkich, szczególnie na dzieci, które uwielbia, ale z łatwością może przewrócić. Teraz – powoli – ale się uczy. Za radą behawiorysty zrezygnowaliśmy z dywanów – zapach, który w nich pozostał, zachęcał ją do załatwiania się. Takie proste, a nie pomyśleliśmy o tym wcześniej.

Przy Lisi stałaś się bardziej pobłażliwa?

Kiedyś byłam trochę despotyczna, ale to już dawno minęło. Po dwutygodniowych wakacjach, podczas których Lisia nie nasiusiała w hotelu ani razu, postanowiliśmy znowu wpuścić ją do sypialni, chociaż pozostał tam ostatni dywan. I niestety została przyłapana na sikaniu. Wyprosiliśmy ją, zamknęliśmy drzwi i oznajmiliśmy, że nie ma wstępu. Po półgodzinie zrobiło mi się jej żal. No i oczywiście weszła, a my ją przepraszaliśmy.

Maja Bohosiewicz leży z psem w łóżku
fot. Celestyna Król

Do wychowania psa podchodzisz tak samo pragmatycznie jak do swojego zawodu?

Czasami mam takie zrywy, że szukam różnych kursów, warsztatów, książek, żeby się czegoś nauczyć. Z Lisią staram się być bardziej systematyczna, ale to też są takie zrywy. Coś przeczytam i już sobie obiecuję, że ją świetnie wychowam, a potem czas mija, zapominam, a Lisia dalej śpi w łóżku i żebrze przy stole.

Widzę, że Lisia jest Ci bardzo bliska.

Kiedyś marzyłam o ślicznym yorku, z kokardką na głowie, który będzie ważył dwa kilogramy. Nie przypuszczałam, że będę miała psa ze schroniska. Mam z tego ogromną satysfakcję i będę wszystkich namawiała, by przygarniali psy. W schroniskach jest ich tyle, że na pewno każdy znajdzie tam przyjaciela dla siebie. I będzie to najukochańszy pies na świecie.

Maja Bohosiewicz – aktorka filmowa i teatralna, znana m.in. z serialu „M jak miłość”. Wystąpiła w programie „Twoja twarz brzmi znajomo”.

Autor: Paulina Król