Chow-chow panda na ulicach chińskich miast


Biało-czarne pandy wielkie żyją w Chinach, ale zna je cały świat. To niedźwiedzie bambusowe, których misiowaty urok sprawia, że każdy chciałby się do nich przytulić. Tylko jak to zrobić? Chińczycy mają swój sposób – przerabiają psy na ich podobieństwo i tak właśnie powstała chow-chow panda.

W Chinach psy długo były traktowane jako pokarm, ale wraz z globalizacją coraz więcej Chińczyków traktuje je jako zwierzęta do towarzystwa. W Pekinie (Beijing), stolicy Chin, według danych sprzed kilku lat, żyło ponad milion psów – labradorów, goldenów, buldożków francuskich, collie i przedstawicieli wielu innych ras. Tak jak na całym świecie, tak i w tym kraju niestety pojawiają się mody na psy. Jedną z nich jest moda na posiadanie zwierzaka zwanego chow-chow panda. Wiele osób myśli, że to osobna rasa, a jaka jest prawda?

„Pandamonium” chow-chow panda

W mieście Chengdu w chińskiej prowincji Syczuan Hsin Ch’en, właściciel sklepu i salonu fryzjerskiego dla psów nie może nadążyć z przerabianiem psów rasy chow-chow na pandy – misie, które każdy chciałby przytulić.

Jeszcze niedawno czymś naturalnym dla Chińczyków było jedzenie psów. Dziś podobnie jak mieszkańcy Zachodu chcielibyśmy mieć psa za towarzysza. Jeszcze niedawno na topie były urocze zwierzaki, takie jak labradory czy buldogi francuskie. Dziś taką „rasą” jest panda – tłumaczył reporterom „London’s Metro” Hsin Ch’en.

Hsin Ch’en minął się jednak z prawdą, nie powstała bowiem nowa rasa psów o nazwie „panda”. To chęć przytulenia pandy, niedźwiedzia żyjącego w naturze, spowodowała, że wymyślono, by stylizować na pandę psy rasy chow-chow (a czasem także mniejsze bichon frise) i stworzyć chow-chow panda.

Jak to się robi?

Chow-chow to przypominający nieco lwa, imponujący, choć średniej wielkości, orientalny szpic. Spokojny, bardzo lojalny wobec właściciela, ale niepoddający się łatwo szkoleniu, niezależny i uparty. Te właśnie zwierzaki Hsin Ch’en przerabia na chow-chow panda.

Doprowadziłem tę technikę do perfekcji i rozprzestrzeniła się ona po całym kraju. Wystarczy psa trochę przystrzyc i pofarbować, i w dwie godziny mamy chow-chow panda. Taki wizerunek zwierzaka utrzymuje się przez sześć tygodni, do następnej wizyty w salonie fryzjerskim – mówi Hsin Ch’en.

Zapewnia, że nie używa przy tym środków chemicznych (trudno w to uwierzyć) ani nie wiąże się to z żadnymi niedobrymi doświadczeniami dla psa. Cały zabieg jest tylko po to, by Chińczycy, przedstawiciele klasy średniej, mogli się chwalić przed znajomymi: „Mam pandę”. No i jest to świetny biznes, bo chow-chow panda sprzedają się jak świeże bułeczki. Chińczycy są usatysfakcjonowani, ale zastanawiamy się, czy pamiętają, że pies to nie zabawka tylko żywe stworzenie.

Autor: Magdalena Ciszewska