Miało być jak w filmie – wywiad z Dorotą Szelągowską


O Suple z dzieciństwa, który wyglądał jak pluszak, Halce rasy chihuahua zachowującej się jak kot, labradorze Bartóku – najbrzydszym z miotu – i dynamicznym cavalierze Ravelu – opowiada dziennikarka Dorota Szelągowska.

Kochany Mikołaju, proszę cię, przynieś mi króliczka ubranego w takie ubranko, jak widziałam wczoraj, i żywego psa. Tylko nie zapomnij”. Marzyłam o psie, więc jako 6-letnia dziewczynka postanowiłam podeprzeć się św. Mikołajem. Nie od razu zostałam wysłuchana. 6 lutego były moje imieniny. Właśnie wróciłam z ojcem z wakacji zimowych i na powitanie spytałam mamę [pisarka Katarzyna Grochola – przyp. red.]: „A gdzie pies?” Przy jej nodze siedziało coś, co się nie ruszało i przypominało psa, ale pluszowego. Rozpłakałam się rozczarowana, że w prezencie dostałam zabawkę. Czułam się strasznie oszukana.

Okazało się jednak, że pies był jak najbardziej żywy, tylko tak narozrabiał przed moim przyjazdem, że teraz siedział skruszony. Mama tak opisała to zdarzenie w naszej książce „Makatka”: „Piesek zdążył przed twoim przyjazdem unicestwić nieodwołalnie sześć słoików keczupu domowej roboty, dwadzieścia słoików kompotu truskawkowego i dwadzieścia słoików musu jabłkowego… rozwalając w kuchni za drzwiami półkę… Zdążył również zjeść dywanik w łazience i malowniczo obsikać całe mieszkanie…”. Był skrzyżowaniem pudla miniaturowegomaltańczykiem i z tymi czarnymi loczkami, siedząc nieruchomo, wyglądał jak zabawka. Polubiliśmy się z Supłem, chociaż tak naprawdę nie ja byłam jego panią, tylko mama, która go karmiła, sprzątała po nim i oczywiście z nim spała. Trudno mu się było dziwić, że nie wybrał na swoją panią 6-letniej dziewczynki. Ale dbałam o niego, jak umiałam, bo przecież obiecałam to mamie. Był to pies, który myślał, że jest kotem, ponieważ wychował się z trzema mruczkami. Sypiał z nimi na środku stołu, a one z kolei podawały łapę jak pies.

Dorota Szelągowska
fot. Celestyna Król

Nie jestem jeszcze gotowy

Wiele lat później, kiedy mój syn Antek kończył siedem lat, historia zatoczyła koło i zrobiła mi psikusa. W naszym domowym stadku, a mieliśmy już labradora Bartóka i cavaliera Ravela, brakowało nam psa do przytulania. I tak jak zapowiedziałam w 2008 r. na łamach miesięcznika „Mój Pies”, że chihuahua i tak będzie, postanowiłam podarować synowi pieska tej rasy na urodziny, ponieważ takie było jego marzenie. A moim niespełnionym dziecięcym marzeniem było otrzymanie pięknie zapakowanego prezentu. I miało być jak w filmie. Pudło w paski z wielką kokardą i wielkie „wow” po jego otwarciu. Ale rzeczywistość postanowiła mnie zaskoczyć. Tak to opisałam w książce: „Syn poproszony o zejście na dół, Narzeczony stał z kamerą, prezent zapakowany w końcu do pudełka drgał miarowo. Wieko zostało zdjęte i tu powinien nastąpić pisk radości, a szczeniak… powinien natychmiast soczyście polizać go po twarzy. Nic z tego. Chihuahua patrzyła na Syna z przerażeniem, a Syn na nią z nie mniejszym. I wtedy powiedział: – Mamo, ja chyba nie jestem jeszcze gotowy…”.

Podobnie jak Supeł wybrał moją mamę, Halka wybrała mnie na swoją przewodniczkę i tylko ze mną chciała spać. Codziennie zanosiłam ją do Antka, żeby stała się jego psem, ale początkowo tak bardzo piszczała, że słychać ją było na końcu ulicy. Wydobywała z siebie ultradźwięki przypominające głos mewy. Na szczęście obydwoje polubili się w końcu i Antek wziął na siebie obowiązki opiekuna.

Rottweiler w skórze niewiniątka

Halka, „suka rasy nieokreślonej, która zachowuje się jak kot, drapie i można ją nieopatrznie zdeptać, bo wygląda jak mysz” (to opis mojej mamy), okazała się psem o trudnym charakterze. Nikogo poza domownikami nie akceptowała. Od wszystkich uciekała, a na jej sympatię trzeba było bardzo zasłużyć. Mamie pozwoliła się wziąć na ręce po dwóch latach. Ale pozostałymi dwoma, większymi od siebie psami rządziła i to ona ustalała reguły. Kiedy leżała na kanapie, żaden z nich nie mógł się zbliżyć, bo zaraz warczała, a one grzecznie odchodziły. Kiedy jednak bała się odkurzacza, to kładła się na plecach labradora, bo tam czuła się najbezpieczniej.

Nigdy nie nauczyła się chodzić na smyczy. Próby założenia obroży kończyły się piskiem mewy i łapami wbitymi w podłogę. Nawet doświadczona bratowa Adama [Adam Sztaba – przyp. red.], która ma podobnego psa, nie dała rady niczego jej nauczyć. Po tygodniu bezskutecznych prób poddała się, stwierdzając, że przeliczyła się ze swoimi możliwościami.

Chihuahua nie jest maskotką, jak uważają niektórzy. Maskotką może być czasami cavalier, bo to pies niekłopotliwy, nadający się do kochania i do przytulania. Chihuahua jest rottweilerem w skórze mikroskopijnego niewiniątka. Czuje się obrońcą swojego stada. Jednocześnie jest niezależna jak kot. Ale nam taki charakter odpowiadał.

Małe ciałko a wilczy apetyt

Nasza sunia, mimo swojej niewielkiej postury, mogła zjeść wszystko i w każdej ilości. Kiedyś z trudem wyturlała się z worka z karmą, tak się nią opchała. Niestety jej nieokiełznany apetyt doprowadził do tragedii. Halka nazlizywała się środka na ślimaki, na którego opakowaniu nie było ostrzeżenia o tym, że jest niebezpieczny dla innych zwierząt, i na który nie ma odtrutki. Nawet płukanie żołądka na nic się zdało, bo tak silne i szybkie jest działanie trucizny. Dziś wiem, że gdyby udało się przed pojechaniem do weterynarza spowodować u psa wymioty, może byłaby jakaś szansa.

Adam, mój narzeczony, początkowo wielki przeciwnik psa rasy chihuahua, w efekcie stał się największym fanem Halki, a po jej odejściu przez dwa dni snuł się po domu i płakał jak dziecko. To odejście było dla całej rodziny wielką tragedią. Umierającą Halkę żegnały także Bartók i Ravel – płakały razem z nami.
Po odejściu Halki wszystkie zasady wobec naszych psów przestały obowiązywać. Bartók i Ravel usadawiali się na kanapie obok nas, a my nie mieliśmy sumienia ich z niej wyganiać. Odnosiliśmy wrażenie, że rozumiały, co się stało, i próbowały dać nam to kanapowe ciepło, które dotąd dawała nam Halka.

Pokraka z zezem

W dzieciństwie towarzyszyło mi wiele zwierząt. W pewnym momencie oprócz trzech psów i dwóch kotów były jeszcze papużka, chomik, szczur i 21 myszek japońskich, które pojawiły się po cudownym rozmnożeniu się dwóch samczyków. Kiedy więc wyprowadziłam się z domu rodzinnego, miałam przez chwilę przesyt zwierząt. Jednak na 30. urodziny mojego narzeczonego byłam już gotowa na przyjęcie czworonożnego domownika.

Z miotu labradorów wybrałam Bartóka, największą pokrakę i w dodatku z zezem. Dlaczego? Bo miał najmniejsze szanse, że ktokolwiek się nim zainteresuje. Nie był to najlepszy moment na wprowadzenie do domu tak żywiołowego szczeniaka, bo akurat zmienialiśmy mieszkanie. Poza tym Adam komponował w swojej pracowni, a ja pisałam wtedy scenariusze do „Tańca z gwiazdami”. Nieraz płakałam, kiedy po powrocie do domu znajdowałam pogryzione buty. I mogło leżeć 10 par, ale tylko moje były zjedzone, a Adama nieruszone. Kiedyś bardzo starannie posprzątałam cały dom. Nie nacieszyłam się jednak długo porządkiem, ponieważ Bartók powyciągał wszystkie kwiaty z doniczek.

Wszystkie te historie rekompensowało jednak to, że w jakimś sensie daliśmy „brata” naszemu trzyletniemu wówczas synkowi. W ich wspólnym dorastaniu zdarzały się zabawne sytuacje. Nasz synek zwykle wstawał wcześniej i sam brał sobie chrupki z mlekiem, siadał przed telewizorem i włączał bajki. Kiedyś weszłam do pokoju i na białym dywanie zobaczyłam dwie kupy. Spytałam więc: „Antosiu, co to jest?” A on z rozbrajającą szczerością odpowiedział, że to on zrobił i Bartók. Czasami jeden i drugi trzymali w zębach dwa końce małego dywanika i bawiąc się w przeciąganie, sprawdzali, który z nich jest silniejszy. Albo Antek siadał na kołderce i Bartók woził go na niej po całym domu. Spali też razem, a właściwie łóżko zajmował Bartók, a Antek leżał zwykle przyciśnięty do ściany.

Cebula, awokado i wasabi

Bartók jest dziś najwspanialszym czworonogiem. Niesłusznie mówiliśmy o nim, że myślenie nie jest jego najmocniejszą stroną. Wystarczyło mądre szkolenie, po którym mamy ułożonego, kochanego psa. Nie bez znaczenia była także kastracja, dzięki której zarówno Bartók, jak i Ravel są dziś psami o wiele spokojniejszymi i nie znaczą już mebli.

Nadal stać ich jednak na wybryki. Szczególnie upodobały sobie samodzielne spacery. Wystarczy chwila nieuwagi i przez najmniejszą szczelinę w bramie wymykają się niepostrzeżenie. Bartóka już kilka razy musieliśmy wykupywać od obcych ludzi. Kiedyś po sześciu godzinach poszukiwań na mrozie i w śnieżycy znaleźliśmy go u kogoś w komórce z nowym już imieniem Portos. Czasami przychodzi pod bramę pies przybłęda i zabiera Bartóka i Ravela na wędrówkę. Po paru godzinach odprowadza je do domu, a sam idzie w swoją stronę.

Nasze psy mają także niepohamowane apetyty. Ostatnio zjadły dwie cebule i awokado, zostawiając tylko pestkę. Udało im się także wyciągnąć z szafki kuchennej 10 snikersów i kit katów i pożreć je razem z papierkami. Na szczęście mają żelazne żołądki i im to nie zaszkodziło, podobnie jak japoński – piekielnie ostry – chrzan wasabi.

Bartók i Ravel są przyjaciółmi w zabawie, w odpoczynku i w cierpieniu. Warto mieć więcej niż jednego psa, jeśli tylko są ku temu warunki. Kiedy pies ma towarzystwo pobratymca, nie czuje się osamotniony. Rozglądamy się oczywiście za drugą chihuahuą i wiemy, że wybierzemy suczkę z charakterem. Jeszcze nie mamy dla niej imienia, bo musimy ją najpierw zobaczyć, ale na pewno będzie się ono kojarzyło z muzyką poważną. Już wkrótce natomiast zamieszkają z nami dwa koty: Strawiński i Rachmaninow.

Dorota Szelągowska
Dziennikarka, projektantka wnętrz, zaczynała od prowadzenia i wydawania „Roweru Błażeja” (TVP), do którego trafiła z castingu, pisała scenariusze do „Tańca z gwiazdami” (TVN), w Kuchni.tv prowadziła program „Dietosfera”. Obecnie prowadzi program „Dach nad gwiazdami” w telewizji Domo. Tuż przed oddaniem numeru do druku w rodzinie Doroty Szelągowskiej pojawił się elegancki samiec rasy chihuahua Ryszard Wagner.