Czterema kołami do góry – wywiad z Ewą Minge

Dotąd żaden pies nie szepnął mi na ucho, że byłby szczęśliwy, nosząc rzeczy zaprojektowane przeze mnie, uznałam więc, że nie będę tworzyć kolekcji dla czworonogów. Dziedzinę mody pozostawiam ludziom dorosłym i dzieciom. Im poświęcam nową kolekcję Feng Feng, której premierę przewiduję na wrzesień. Nie mogę zdradzić szczegółów, ale będzie miała związek ze zwierzętami. Wolę zrobić coś dla poprawy jakości życia zwierząt, niż tracić energię na stroje dla nich. Co prawda kilka lat temu zaprojektowałam ubranka dla yorków, ale cel był charytatywny.

Nie jestem przeciwna ubieraniu psów, szczególnie zimą, choć to wbrew naturze. Kiedyś trochę śmiałam się z rodziców, że zakładają kurtkę amstafowi, ale w końcu sama musiałam ich poprosić o pomoc w zakupie okrycia dla mojego gładkowłosego psa, który na skutek alergii bywa prawie łysy. Ubieram go w proste, praktyczne okrycia, kiedy mróz przekracza -10˚C.

Karaluchy w zabawkach

Miałam w życiu dwa marzenia. Jedno to stworzenie imperium modowego, a drugie to wybudowanie na mojej ziemi na wsi wzorcowego schroniska dla kilkudziesięciu psów z małym punktem weterynaryjnym. Tak się złożyło, że starszy syn Oskar Amadeusz wpisuje się w moje pierwsze marzenie, ponieważ myśli o prowadzeniu naszej firmy, a młodszy Gaspar chce zostać weterynarzem.

Ma 17 lat i nie tylko uczy się w tym kierunku, ale pracuje też jako wolontariusz. W niektórych czynnościach zastępuje już domowego weterynarza – obcina psom pazury, odrobacza je, oczyszcza zatoki okołoodbytowe, usuwa kleszcze. To jego pasja i powołanie. Już jako dziecko znosił do domu różne zwierzaki, które potrzebowały pomocy. Mieliśmy więc koty, psy, jaszczurki i ptaki, a między zabawkami zbieraliśmy karaluchy i koniki polne.

Pitbul – kaskada miłości

Jestem psiarą, i to taką, która zna się na rasach, ale raz zaliczyłam wpadkę. Bardzo chciałam mieć najbrzydszego psa na świecie z ryjkiem świnki, czyli bulteriera, koniecznie jasno umaszczonego. O pomoc w znalezieniu go poprosiłam przyjaciół, którzy mają liczne kontakty z hodowcami. Jakież było moje zdziwienie, kiedy pies przyjechał do domu… Ale pokochałam tego bulteriera, który okazał się… pitbulem, w dodatku albinosem. Stało się tak dlatego, że przekręciłam nazwę rasy, kiedy rozmawiałam z przyjaciółmi. W końcu obydwie rasy są z tej samej rodziny. Wiedziałam, jak złą reputację mają pitbule, ale miałam też świadomość, że pierwotnie były hodowane do walk z psami, a nie z ludźmi. Wobec ludzi są bardzo przyjazne, co udowadnia mój Roki, który jest kaskadą miłości i potrafi człowieka zalizać na śmierć.

Problemy pojawiły się dwa lata temu, kiedy na urodziny dostałam od przyjaciela buldożka francuskiego Lewego. To była nieprzemyślana decyzja. Rodzina i przyjaciele, którzy znali Rokiego, uprzedzali mnie, że drugi pies pod jednym dachem to będzie katastrofa. Ja uznałam jednak, że jeśli pies potrafi dogadać się z kotem, to przy wielkim sercu Rokiego uda się ich pogodzić.

Trudne początki

Przez dwa miesiące męczyliśmy się okropnie, ponieważ psy musiały być odizolowane. Jeden wchodził, drugi wychodził. Mały chciał co chwila zbiegać na dół, Roki z kolei był nieszczęśliwy, że nie może poruszać się po całym domu. Niezły galimatias. Postanowiłam położyć temu kres.
Założyłam Rokiemu skórzany kaganiec i tak pozbawiony możliwości użycia zębów miał się przyzwyczajać do trzymiesięcznego Lewego. Oczywiście cały czas pod moją kontrolą. Wiedziałam, że Roki jest posłuszny i karny. W domu, który jest moim terenem i w którym ja ustalam reguły, zawsze mnie słuchał. I niepotrzebne nam były żadne specjalne szkolenia.

Rozmawiam ze swoimi psami i tym razem też to zrobiłam. Wytłumaczyłam mu sytuację i poprosiłam, aby zachowywał się grzecznie. Lewy miał jednak w sobie niesłychaną wolę walki, więc cały czas straszył Rokiego, wydając groźne w jego mniemaniu odgłosy. Trochę się bałam na początku, bo było widać, że Roki był gotów zjeść małego. Ale mógł go jedynie kulać i przypierać do ściany. A buldożek wstawał, otrzepywał się i biegł z powrotem do Rokiego. Nie bał się go nic a nic, przeciwnie, chciał okazać mu sympatię. Nawet próbował lizać mu pysk między dziurkami w kagańcu. Ten eksperyment trwał dwa dni. Na trzeci dzień zostawiłam ich samych i tylko obserwowałam z ukrycia, co się będzie działo.

Trzecie oko podpowiada

Wreszcie zdecydowałam się zdjąć Rokiemu kaganiec. Moje trzecie oko podpowiadało mi, że nic złego  się nie stanie. Roki miał wtedy siedem lat, był więc dojrzałym psem, który nie miał już wielkiej ochoty na zabawy. Lewy przywrócił mu młodzieńczą radość życia. Dziś nie martwię się o czystość uszu czy zębów, bo myją je sobie nawzajem. Razem też śpią, choć mają oddzielne posłania. Zabawnie to wygląda, kiedy Roki zajmuje niewielkie łóżko Lewego, a ten przytula się choćby samą pupą, a resztę ciała ma na podłodze i wcale mu to nie przeszkadza. Mówi się, że są ludzie, którzy mają rękę do roślin. Myślę, że ja mam rękę do zwierząt.

Taniec Indianina

Ich przyjaźń została przypieczętowana po zabawnym zdarzeniu, którego byłam świadkiem. Lewy zaczął zaczepiać śpiącego Rokiego. A to pociągnął go za ucho, a to za ogon i w końcu za ulubione miejsce, czyli fafle. Roki znudzony tymi zaczepkami ze stoickim spokojem odwrócił się czterema kołami do góry i tym samym dał sygnał, że się poddaje. Wtedy Lewy zrobił coś, co nazwałam tańcem Indianina. Podniósł do góry łeb i ogon – co wyglądało komicznie, bo buldożki prawie nie mają szyi, a i ogonem też nie grzeszą – i biegał dookoła posłania Rokiego dumny, że zwyciężył. Cały rytuał powtórzył się trzy razy, to znaczy trzy razy Lewy zmusił Rokiego, żeby położył się brzuchem do góry w geście podporządkowania się małemu urwisowi.

Ale przyszedł moment, kiedy Rokiemu znudziła się zabawa i przygarnął łapą małego na posłanie, podsunął pod siebie i kiedy ten chciał się uwolnić, warczeniem dał mu do zrozumienia, że to on ustala reguły i zabawa jest skończona. W jego zachowaniu nie było jednak krzty agresji. Zawsze kiedy Lewy za dużo dokazuje, Roki bierze jego pysk i szyję w swój pysk, ale nigdy nie robi mu krzywdy. I paradoksalnie to Roki miewa drobne ranki, bo Lewy go podgryza. A ponieważ pitbule mają znacznie obniżony próg bólu, Roki tego wcale nie czuje. Mam więc walecznego buldożka francuskiego i pitbula przytulankę.

Samce z jednego miotu

Przed laty, tuż po wyjściu za mąż, zamieszkałam na wsi w Pszczewie w Puszczy Nadnoteckiej. Mąż był marynarzem i rzadko bywał w domu, więc dla bezpieczeństwa postanowiłam kupić dużego psa. Polecony przez związek kynologiczny hodowca chwalił się, że od kiedy ma rottweilery, nikt go już nie okrada. Mieliśmy dwa szczeniaki do wyboru, ale tak wspaniale się z sobą bawiły, że nie miałam serca ich rozdzielać. Nieświadoma kłopotu, jaki sobie biorę na głowę, zdecydowałam się na oba. Nie dość, że to trudna rasa, to jeszcze dwa samce z jednego miotu.

Rottweilery miały wtedy bardzo złą prasę. Ludzie na wsi byli przerażeni ich widokiem. Pisali nawet petycje do wójta o usunięcie bestii, ale Hades i Charon miały wielki kojec i solidnie ogrodzony teren. Nie lekceważyłam jednak ani ostrzeżeń, ani strachu sąsiadów. Dla domowników i gości psy były niesłychanie przyjazne, ale na widok intruza w kojcu się gotowało. Wtedy po raz pierwszy i jedyny zatrudniłam szkoleniowca. Nie wierzył, że psy nie były wcześniej szkolone. Instynkt obronny miały we krwi, a podstawowych zasad posłuszeństwa nauczyły się błyskawicznie. Nazwał je Peace and Love (Pokój i Miłość).

Jedzenie na kiju

Hades i Charon traktowały nasze dzieci jak swoje stado. Zaganiały je do domu, a kiedy się ubrudziły, to je oblizywały. Nigdy nie zabrały dziecku jedzenia z ręki, nawet pysznej kiełbasy. Uważam, że psa można wszystkiego nauczyć spokojnym podejściem i miłością. Pojechałyśmy kiedyś z przyjaciółką, która rozbiła samochód, do blacharza. Przywitały nas dwa ujadające czworonogi na łańcuchach i tabliczka „Uwaga, zły pies”.

Właściciel warsztatu uprzedził nas, żeby się do nich nie zbliżać. Zapytałam zaczepnie, czy jeśli zdołam je pogłaskać, to wykona usługę bezpłatnie. Przytaknął pewny swego, bo nawet jego żona ze strachu przed własnymi psami dawała im jedzenie na kiju. Kiedy po skończonej naprawie wyszedł z warsztatu, przetarł oczy ze zdumienia. Pod jedną pachą miałam przytulonego owczarka niemieckiego, a pod drugą owczarka podhalańskiego. Słowa dotrzymał.

Wychowywać, nie tresować

Niezwykłe doświadczenie mam też z iguaną, jaszczurką, którą wyhodowałam od maleństwa do okazałego osobnika. Chodziła za nami jak pies. Kiedy ja albo mój młodszy syn wracaliśmy do domu, klaskała ogonem z radości. Miała też ulubioną zabawę z kilkuletnim wtedy Rokim. Wskakiwała mu na grzbiet i traktowała go jak środek lokomocji. Na początku trochę go to denerwowało i próbował ją zrzucać, ale ostatecznie zostali przyjaciółmi.

Uważam, że jeśli człowiek ma w sobie dużo dobrych uczuć, to przekazuje tę pozytywną energię zwierzakom. Niestety, większość ludzi traktuje psy instrumentalnie. A przecież one czują i obserwują. Gdy mówię: „Czy mógłbyś pójść do łóżka, bo nie mogę się teraz z tobą bawić?” –  on wie, o co mi chodzi. Kiedy Roki postąpi źle, liże mnie po rękach, jakby chciał powiedzieć „przepraszam”. A nasze powitania? Wystarczy, że powiem „nie teraz” i psy już nie skaczą, tylko czekają na subtelny sygnał. Kiedy na nie spojrzę i się uśmiechnę, to zaraz przybiegają się przywitać. Dopóki będzie się mówiło, że psa się tresuje, a nie wychowuje, że trzeba go poddać szkoleniu, a nie poprosić kogoś o pomoc w wychowaniu, dopóty nasze psy nie będą przyjazne ani dla nas, ani dla siebie nawzajem.

Dzieciństwo z psami

Od czwartego roku życia miałam psa w domu. Pierwszy był bokser o imieniu Bas, który otworzył moje serce na zwierzęta.  Potem był cocker spaniel, a także mastif angielski, owczarek kaukaski i przygarnięta amstafka. Bywało, że mieliśmy niezłą gromadkę. A to oznacza także wiele traumatycznych rozstań. Śmierć psa to jak strata najbliższego przyjaciela. Kiedy odszedł rottweiler Hades, byłam zrozpaczona, a jego brat Charon wpadł w depresję. Najtrudniej jest wtedy, kiedy pies nie umiera ze starości, tylko trzeba mu pomóc przejść za tęczowy most. Tak było z cocker spanielem Frakiem, ale także z Hadesem. Mając świadomość, że pies żyje od kilku do kilkunastu lat, musimy robić wszystko, żeby przez te lata był z nami szczęśliwy.

Przerażające jest to, co człowiek zrobił z takich ras jak buldog francuski. Lewy ma zupełnie płaski pysk, jak nakazuje wzorzec rasy, ale przełyk i tchawica pozostały przecież niezmienione. Psy te duszą się więc, charczą, wymiotują. Roki też ma problemy, ponieważ jest albinosem i nieustannie cierpi na alergie skórne, które atakują głównie uszy, ale są okresy, kiedy bywa zupełnie łysy. Prawie stale dostaje leki sterydowe, a karmiony jest specjalistyczną karmą dla alergików. Przydałaby się więc kampania przeciwko hodowaniu psów tych wszystkich ras, które mają problemy zdrowotne z powodu nierozsądnych pomysłów człowieka. Często są otoczone miłością, ale jaki jest komfort ich życia?

Ewa Minge, projektantka mody, prezentuje swoje kolekcje podczas Haute Couture w Paryżu, bierze też udział w pokazach Ready-to-Wear organizowanych podczas Nowojorskiego Tygodnia Mody 

Autor: Paulina Król