Biały, czyli czarny – wywiad z Magdaleną Wójcik


Mieliśmy już z synem upatrzonego psiaka rasy coton de Tulear, małego, białego, puchatego – opowiada aktorka Magdalena Wójcik. – Ale jakoś nie miałam sumienia kupić psa za duże pieniądze, wiedząc, że tyle jest sierot. Dlatego postanowiłam, że pojadę do schroniska i – zobaczę…

Gdy w październiku ubiegłego roku weszłam do warszawskiego schroniska na Paluchu, nie mogłam stamtąd wyjść. Akurat były dni adopcji zwierząt. Spacerowałam między klatkami, aż w końcu dyrektor schroniska wypatrzyła mnie tam i poprosiła, żebym przyjechała też następnego dnia. Chodziło o to, byśmy z Anną Chodakowską powiedziały dla telewizji parę miłych słów o adopcji zwierząt. Już tego pierwszego dnia wypatrzyłam Misię – chudą, wystraszoną sunię wtuloną w kąt boksu. Próbowałam ją karmić przez kraty, ale była bardzo nieufna i nie chciała podejść.

Gdy przyjechałam nazajutrz, poprosiłam o wyjęcie jej z klatki. Okazało się to trudne, zdziczałą suczkę trzeba było na siłę wyprowadzić na smyczy. Opierała się, piszczała, a potem strach ją dosłownie sparaliżował. Wyniosłam ją więc na rękach poza teren schroniska, a gdy postawiłam na trawie, stała nieruchomo jak zaczarowana. Potem usiadła, a ja obok niej. Nie patrzyła mi w oczy, ja też unikałam jej wzroku – i tak siedziałyśmy z pół godziny. W końcu znów wzięłam ją na ręce. Oplotła tymi swoimi długimi łapkami moją rękę tak, że nie mogłam jej od siebie oderwać. Poszłam więc z nią na rękach do biura, by wypełnić papiery związane z adopcją.

Zupełnie inny świat

Dlaczego nie wzięłam jednego z psów, które same do mnie podbiegły? Ujęło mnie jej nieszczęście i strach w oczach. Chciałam ją zresocjalizować i pokazać jej, że są dobrzy ludzie i że życie może być piękne.

Nie było łatwo. Przez pierwsze dni cały czas wisiałam na telefonie. Miałam gorącą linię z trenerką psów Agnieszką Boczulą, którą pokochałam, słuchając audycji w radiu Tok FM, a potem poznałam na planie filmu „Codzienna 2 m. 3”. Dawała mi wskazówki, co powinnam robić: ignorować Misię, broń Boże nie patrzyć w oczy (bo wystraszony pies może to odebrać jako próbę ataku), do niczego nie zmuszać, karmić tylko z ręki (to buduje więź), wyciągając ją i wręcz manifestacyjnie odwracając się od psa, by go nie spłoszyć. Karmienie odbywało się też na leżąco (żebym wydawała się jak najmniejsza) – musiałam się położyć na podłodze, obłożyć karmą, a Misia powoli się ośmielała, podchodziła ostrożnie i zbierała ją z ramienia czy z dłoni. Długo nie było mowy o tym, żeby podeszła do mnie, gdy stałam. Dopuszczała mnie do siebie na odległość metra, nie bliżej. Gdy wyciągałam do niej rękę, wychylała się najdalej, jak mogła, nie odrywając łap od ziemi – byle tylko nie zrobić ani kroku więcej w moją stronę.

Między karmieniami Miśka plątała się po kątach, a my mieliśmy nie zwracać na nią uwagi. Mojemu 13-letniemu synowi trudno było zrozumieć, że ma wreszcie upragnionego psa i nie może się z nim bawić. Jak to dziecko, wolałby przygarnąć takiego, który sam się do niego wyrywa i całym sobą krzyczy: „Kocham cię, weź mnie!”. Tłumaczyłam mu, że tego pieska widać spotkała duża krzywda, że nie zaznał miłości i nie wie, co to znaczy ludzka opieka. Że trzeba takiej sierotce pomóc i wyciągnąć do niej rękę. I że musimy Misi pokazać zupełnie inny świat, niż ten, który znała do tej pory.

Misia i Misia

Poprzednia moja suczka też miała na imię Misia i uczucie do niej na pewno wpłynęło na to, że znów zwróciłam uwagę na czarnego psa. Tamta Misia była podobnej wielkości co obecna, też długonoga, choć z pyska przypominała raczej sznaucera. Przywiozłam ją 16 lat temu z Astrachania, gdzie kręciliśmy film „Za co” na podstawie opowiadania Lwa Tołstoja w reżyserii Jerzego Kawalerowicza. Spędziliśmy tam miesiąc i gdy nie pracowaliśmy nad filmem, dokarmialiśmy kilkadziesiąt bezdomnych psich szkieletów. Chodziliśmy na bazar, kupowaliśmy mięso i rzucaliśmy im. A tubylcy komentowali: „Kiedyś to było dobrze, bo co jakiś czas przyjeżdżało wojsko i strzelało do tych psów, a teraz już nie ma pieniędzy na kule…”.

Z tego wyjazdu wiele zwierząt trafiło do Polski. Jerzy Kawalerowicz przywiózł niewidomego kota, któremu potem załatwił operację i zwierzak odzyskał wzrok, kierownik produkcji wziął dwa koty, a ja – Misię. Przemyciłam ją do hotelu, na siusiu wynosiłam w plecaku, przykrytą chustką, a ona siedziała cichutko, jakby wiedziała, że to konspiracja – choć miała zaledwie cztery miesiące. Tydzień tam ze mną mieszkała, załatwiliśmy jej papiery, że jest aktorką i jedzie na zdjęcia – dzięki temu fortelowi wróciłam z nią do Warszawy. A wszystkie panie etażowe z hotelu w Astrachaniu zazdrościły Miśce, że jedzie do Polski…

Uderzające podobieństwo

Ta Misia jest nie tylko z wyglądu, ale i z charakteru podobna do astrachańskiej, która przeżyła ze mną 14 lat. Może wszystkie czarne psy tej wielkości są takie radosne, przyjazne, tacy z nich prawdziwi kumple – że i na ryby można z nimi skoczyć, i w góry, i nad morze, i łódką popływać… Aktywne, odważne i dopiero na stare lata – spokojne.

Tamta Misia odeszła w domu, na moich rękach. Miała nowotwór, trzeba było skrócić jej cierpienie. To przykre doświadczenie, ale myślę, że pozytywny koniec życia – w ramionach pana, w spokoju, w domowym zaciszu, a nie w męczarniach, na środku ulicy, w błocie – jak ginie wiele psów.

Jakbyśmy wszystkich uszczęśliwili

Kiedyś przejeżdżałam koło Kampinosu i zobaczyłam leżącego na ulicy czarno-białego psa. Wyminęłam go – myślałam, że nie żyje. Ale potem spojrzałam w lusterko i dostrzegłam, że podniósł główkę. Zabrałam go i zawiozłam do lecznicy. Okazało się, że był tylko potłuczony, więc… oddali mi go. I tak Maksik został z nami na kilka lat. Po nim była Żabka wzięta ze schroniska – ciut większa od Misi i ruda. Przeżyła z nami 14 lat. Gdy się wyprowadzałam, mama powiedziała, że mi jej nie odda. Trafił też do nas kiedyś potrącony przez autobus Kajtek, któremu znaleźliśmy dobry dom. 

Niektórzy mówią, że nie mogą pojechać do schroniska, bo im serce pęknie. Co to za gadanie? Przecież właśnie trzeba pojechać i przygarnąć choć jednego zwierzaka – i choć jednego uszczęśliwić. A kolega czy koleżanka pojedzie i uszczęśliwi drugiego. I to już będzie prawie tak, jakbyśmy wszystkich uszczęśliwili.

Podobnie na wakacjach, gdy jakaś bida wegetuje w pobliżu, to oczywiste, że się jej wynosi jedzenie. Pamiętam, że gdy kręciliśmy film w Albanii, mieszkała w okolicy hotelu suczka ze szczeniakami. Była tak strasznie wychudzona, że nie wiem, czym je karmiła. I ona, i szczeniaki były całe w kleszczach. Chodziłam do nich codziennie z kolacją i oczyszczałam im skórę – jestem teraz prawdziwym fachowcem od wyjmowania kleszczy!

Pies myślący

Miśka jest u nas dopiero miesiąc, a zrobiła już ogromne postępy. Trafiła do schroniska, gdy miała cztery miesiące, była tam półtora miesiąca. Wiadomo, że psy, które w nim przebywały, trzeba na początku bacznie obserwować i pracować z nimi. Przez pierwsze tygodnie, gdy zaczęłam ją spuszczać ze smyczy, nie traciła mnie z oczu i krążyła w promieniu 10 m.

Teraz, gdy się ośmieliła, mam czasem problem z jej przywołaniem. Spotyka kolegę lub koleżankę i ja przestaję się liczyć. Ale to dowód, że normalnieje… Zwłaszcza że przez pierwszy tydzień warczała na wszystkie psy, szczerzyła zęby, robiła się jej pręga wzdłuż grzbietu – nawet na widok yorka. Wybierałam przyjazne psy jej wielkości i powoli podchodziłam z nią do nich. Stopniowo zaczęła się z nimi obwąchiwać, aż pewnego dnia obudziła się w niej dusza towarzystwa. Teraz biegnie, zaczepia, kłania się, skacze jak dziki zając, turla się i boksuje z innymi psami. Trudno ją wtedy zwabić, nawet smakołykiem, bo jest niejadkiem. Gdy do mnie przybiegnie, staje blisko, robi koci grzbiet i czeka – bo największą nagrodą jest pogłaskanie po brzuszku…

Podziwiam ją za wiele wrodzonych cech, typowych dla kundelków. Mamy mnóstwo rasowych kolegów i koleżanek, w większości ślicznych, ale część z nich kieruje się instynktem. A Misia jest psem cały czas myślącym. Ustala na przykład warunki zabawy – w zależności od wielkości drugiego psa. Z kolegami o podobnych gabarytach bawi się najchętniej na otwartej przestrzeni, natomiast większe psy – które też uwielbia – wciąga w krzaki, gdzie nie mogą nabrać rozpędu i jej stratować. Bezbłędnie rozpoznaje też charaktery napotkanych psów. Wie, którego należy ominąć z daleka, a do którego można podejść. Ale nawet wtedy robi to ostrożnie: nieśmiało macha ogonem, zgina nóżki i gdy tylko wyczuje cień niechęci, od razu znika. A jeśli wszystko jest OK, przymila się dalej, aż osiągnie swój cel – wciągnie do zabawy. Potrafi rozruszać każdego ponuraka!

To jest jej dom

Obserwuję, jak Misia cieszy się życiem. Z zalęknionego psa, bojącego się własnego cienia, stała się radosną suczką, która gdy nie ma w pobliżu innych psów, bawi się sama z sobą. Nawet w deszczu, w błocie robi fikołki, podrzuca do góry na dwa metry znalezioną pigwę i próbuje ją łapać, podskakuje do zabłąkanego listka na gałązce – pełnia szczęścia! Serce mi rośnie – zwłaszcza gdy sobie ją przypomnę za tymi kratami… I nieważne, że w ferworze zabawy zostały zjedzone dwie ładowarki do iPhone’a, jedna do laptopa, przegryziony kabelek do lampy… Dzięki temu odkryłam w sobie nowe zdolności, bo sama naprawiłam tę lampę.

To ogromna satysfakcja patrzeć, jak Misia się uśmiecha – z dnia na dzień coraz szerzej, jest coraz szczęśliwsza. Myślałam, że będzie to pies z dużymi problemami psychicznymi, zalękniony, że mnie długo nie zaakceptuje. Wybierając akurat ją, spodziewałam się, że nie będzie łatwo. Nie sądziłam, że zrobi tak szybkie postępy. Widocznie dobrze się tu ze mną poczuła i uwierzyła, że to jest jej dom.

Zachęcam moich znajomych do adopcji zwierząt

Nie czułabym się w porządku, gdybym kupiła psa, mając świadomość, ile zwierząt czeka na adopcję. Wolę przeznaczyć te pieniądze na pomoc dla tych bezdomnych. Tym bardziej że są to psy tak wierne, tak kochające. Zachęcam moich znajomych do adopcji zwierząt. Do pomagania w ten sposób tym wszystkim sierotom porzuconym przez ludzi, przywiązanym do drzew, potrąconym przez samochody. To straszne, ile ich jest. Gdy się wejdzie do schroniska, jedne skamlą, inne szczekają, rzucają się na kraty, błagają, żeby je wziąć, albo spoglądają w milczeniu, wbite w kąt, leżące w błocie – jakby już straciły nadzieję. Wyrwać psiaka z piekła, jakim jest dla niego schronisko, to bardzo dobry uczynek. A uczynione dobro do nas wraca.

Misia podchodzi do mnie często, gdy oglądam telewizję, i zaczyna lizać mi rękę, centymetr po centymetrze, od łokcia po palce – czasem zajmuje jej to nawet pół godziny. I robi to z taką czułością, z takim oddaniem, tyle uczucia w to wkłada. Jak ona mnie uwielbia, jak wpatruje się we mnie… Nikt tak na mnie nie patrzy.

Magdalena Wójcik
Aktorka, absolwentka Warszawskiej Szkoły Baletowej i Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. Współpracuje z teatrami Komedia i Syrena. W Polsat Café prowadzi program „Jem i chudnę”.

Autor: Dorota Jastrzębowska