Szlachetny niedźwiedź – wywiad z Samborem Czarnotą


Trofi waży 60 kg, ale gdy mieszkał z maleńkim yorkiem, wystarczyło, że ten warknął, by berneńczyk oddalał się na swoje miejsce – opowiada aktor Sambor Czarnota.

Nigdy żadna kobieta nie cieszyła się tak z mojego powrotu do domu jak Trofi, berneński pies pasterski. Zamieszkał ze mną wraz z poznaną pięć lat temu narzeczoną Martą. Można powiedzieć, że Marta miała szczęście, bo trafiła na faceta, który naprawdę kocha psy. W domu rodzinnym przez 17 lat towarzyszył mi niewielki kundelek, piesek niezwykle muzykalny, bo kiedy zaczynałem grać na fortepianie, siadał w pobliżu i śpiewał jak diwa operowa. To był zresztą nasz popisowy numer, kiedy chcieliśmy rozbawić gości. Diko był nie tylko dużo mniejszy od Trofiego, ale miał też zupełnie inny charakter. Był raczej typem samotnika, podczas gdy Trofi zawsze musi czuć bliskość człowieka.

Kiedy uczę się roli, Trofi zwykle mi towarzyszy. Choć podczas pracy nad tekstem lubię być sam, to jego obecność w ogóle mi nie przeszkadza, zwłaszcza że zapada wtedy w najgłębszą fazę snu – kładzie się na boku i przebiera nogami, jakby śnił, że gdzieś biegnie. Widać czuje się przy mnie zrelaksowany i bezpieczny. Jest też moim powiernikiem. O najbardziej osobistych sprawach mogę z nim pogadać, kiedy tylko czuję taką potrzebę, nie muszę czekać do wigilijnej nocy.

Do łóżka na zaproszenie

Trofi ma wszystkie pozytywne cechy berneńczyka. Jest przyjazny wobec ludzi i zwierząt, łagodny, wierny i niezwykle zrównoważony. Wychowywał się z maleńkim yorkiem i był mu oczywiście całkowicie podporządkowany. Kiedy ten tylko warknął, Trofi oddalał się potulnie na swoje miejsce. Poza tym byli wielkimi przyjaciółmi.

W młodości przeszedł też podstawowy kurs posłuszeństwa, jest więc bardzo grzeczny. Czasami przychodzi do łóżka, ale nigdy nie wejdzie do niego bez zaproszenia. Wtedy szczególnie dostrzegam jego arystokratyczne cechy, takie jak wyszukane maniery i dostojność.

Jednak podczas jazdy samochodem mam na prawym ramieniu ściereczkę, która chroni moje ubranie przed śliną, bo Trofi zawsze trzyma tam swoją głowę z wywalonym jęzorem.

A największą radość mi sprawia, kiedy na pytanie: „Kochasz pana?” odpowiada radosnym szczekaniem. Może to zabrzmi banalnie, ale jestem szczęśliwy, że mam tak wspaniałego czworonożnego przyjaciela. Nawet kiedy o nim mówię, to uśmiecham się z czułością, bo on ma w sobie taką zaraźliwą dobroć i nigdy nie okazuje złości.

Wbrew przodkom

Jak większość berneńczyków Trofi nie jest typem długodystansowca. Podczas któregoś wyjazdu nad morze zapomnieliśmy o tym, więc zdziwiło nas, gdy najpierw biegał po plaży, a potem legł jak kłoda. Nie reagował ani na wołanie, ani na przysmaki, a o podniesieniu go nie było mowy, bo waży jakieś 60 kg. Chcąc nie chcąc, musieliśmy odczekać niemal godzinę, zanim powróciły mu siły i ochota, by powędrować do domu. Nie wyobrażam sobie, żeby jak szwajcarscy przodkowie ciągnął wózki z mlekiem. Chociaż słyszałem o berneńczykach, które biorą udział w pokazach cartingu, czyli ciągnięcia małych wózków.

Puszysty wielkopies

Gabaryty Trofiego robią wrażenie. Nic więc dziwnego, że psy tej rasy często wybiera się na stróżów obejścia, ale tylko po to, żeby odstraszały intruzów wyglądem. O agresywnym zachowaniu nie ma mowy. Trofi tak lgnie do ludzi, że nie tylko wpuściłby złodzieja, ale jeszcze się z nim zaprzyjaźnił.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem go u mojej narzeczonej, wydał mi się ogromny. Teraz jak większość właścicieli dużych psów w ogóle tego nie czuję. Nie zdziwiłem się jednak, kiedy pojechaliśmy z Trofim na działkę letniskową moich rodziców do Jury Krakowsko-Częstochowskiej i mieszkający tam ludzie, którzy na co dzień mają do czynienia z małymi kundelkami, zamarli na jego widok i zapytali, czy to zwierzę to pies, czy może niedźwiedź. Właściwie trudno im się dziwić. Po zabiegach pielęgnacyjnych Trofi jest tak puszysty, że wygląda naprawdę jak arystokratyczny niedźwiedź.

Wanna na pomoc

Trofi ma swoje fobie. Boi się burzy i petard. Okres karnawału jest dla niego prawdziwą katorgą. Zżera go strach, ale ma swój sposób na przeczekanie – całym cielskiem ładuje się do wanny, ledwie w niej się mieszcząc. Spełnia ona funkcję puszki Faradaya, która chroni go przed wyładowaniami. Skąd ten pies to wie?

Nie tylko wtedy podziwiam jego wielką mądrość i wrażliwość. Zawsze jest blisko, kiedy ktoś jest smutny czy chory. Podaje łapę i stara się odwrócić uwagę. Daje do zrozumienia, że nie jest mu obojętne, co się dzieje w domu.

Kiedy wracam po tygodniu z Łodzi, gdzie gram w teatrze, i witam się z Martą, to Trofi zawsze wpycha głowę między nas, bo chce być tak samo ważny jak ona. Rzadko zostaje sam w domu, ale potrafi to zrozumieć i nigdy nie czyni żadnych szkód, oprócz zadry w naszych sercach, bo przed wyjściem wbija w nas wzrok pełen wyrzutu. Złamałby nim najtwardsze serce. Dlatego kiedy musimy razem wyjechać, zawsze przenosimy go do mamy Marty, gdzie czuje się jak u siebie.

W domowych kapciach

Berneńczyki stały się ostatnio bardzo modne, a to oznacza dziesiątki psów z pseudohodowli, które z tą rasą mają często niewiele wspólnego. Ludzie kupują szczeniaka za 200–300 zł, naiwnie sądząc, że za taką kwotę dostaną berneńczyka. Słyszy się potem o psach agresywnych, tchórzliwych czy cierpiących na różne choroby. I wtedy to, co się zaoszczędziło na zakupie, trzeba przeznaczyć na leczenie, jeśli naprawdę psa się kocha, bo jeśli nie zrobi się tego, to czeka go okrutny los bezdomnego. Trzeba powtarzać aż do znudzenia, że pies to nie zabawka, tylko istota, która czuje i myśli, więc jeśli decydujemy się na jego zakup, musimy o tym pamiętać.

Trofi pochodzi z dobrej hodowli, a kiedy był młody, miał nawet kilka epizodów wystawowych. Bardzo wysoko oceniono wtedy jego piękną czaszkę. Z opowieści Marty wiem jednak, że niezbyt chętnie się prezentował, bo takie „zabawy” go nudzą. Niemniej zdobył nawet jakieś trofea, nomen omen, bo jego imię rodowodowe brzmi Tropheus Maltabar von Kleintefield.

Boję się chwili, kiedy go zabraknie, a mam świadomość, że psy tej rasy żyją 8-10 lat. Trofi, choć ma już osiem i pół roku, jest w dobrej kondycji. Jedyny problem, jaki z nim mamy, to chore stawy, co utrudnia mu chodzenie. Ze względu na to, że w domu są kamienne podłogi, na których rozjeżdżały mu się łapy, kupiliśmy mu psie kapcie, tzw. walkery. Śmiesznie w nich wygląda, ale chyba zaczął już doceniać ich zalety, bo coraz mniej protestuje, gdy mu je wkładam.

Nie ta rola

W środowisku aktorskim mówi się żartobliwie, że nie powinno się grać z dziećmi i z psami, ponieważ cała uwaga widzów koncentruje się właśnie na nich, a nie na aktorze. Jednak nie z tego powodu odmówiłem zagrania z psem. Dostałem niedawno propozycję wystąpienia w jednym z odcinków nowego serialu telewizyjnego pod tytułem „Komisarz Alex”. Miałem tam zgrać rolę czarnego charakteru, osoby, która porywa psa, po to by szantażować jego właściciela, i ostatecznie zabija zwierzę strzałem z rewolweru. Wiem, że aktor musi wcielać się w różne postacie, dobre i złe, zabawne i tragiczne, jednak w tym wypadku nie mogłem się przełamać. Za bardzo kocham psy i świadomość, że mam psa zabić, nawet na niby, była dla mnie nie do zniesienia.

Sambor Czarnota, aktor teatralny i filmowy. Występuje na deskach Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi. Znany także z serialu „Rezydencja”, w którym gra Łukasza Podhoreckiego 

Autor: Paulina Król