Psy maile piszą – wywiad z Kacprem Kuszewskim


Wiecznie uśmiechnięty labrador Niko lubi zjadać kwaszone ogórki i wylizywać talerze, ale zakochanym kundlem został jego właściciel, aktor Kacper Kuszewski.

Długo myślałem, że wolę koty od psów, ale jak to bywa, sympatie się zmieniają, i tak też się stało w moim wypadku. Gdy byłem dzieckiem, mieliśmy wielkiego, czarnego nowofundlanda Astora, który był spełnieniem marzeń mojego taty. Tyle że tato reżyser rzadko bywał w domu. Dlatego wszystkie obowiązki: spacery, karmienie, ale też zdobywanie jedzenia – był to koniec lat 70., kiedy niczego nie można było kupić, a o gotowej karmie nikt u nas nawet nie słyszał – spadły na mamę. Na dodatek mieszkaliśmy wtedy w bloku, a taki pies potrzebuje dużo ruchu. Przy dwójce małych dzieci mama nie była w stanie nad wszystkim zapanować, dlatego Astor trafił do znajomych na wieś. W dużym gospodarstwie miał wreszcie teren, na którym mógł się do woli wyhasać.

Kiedy dorosłem, zacząłem bardziej przychylnym okiem patrzeć na koty. Wydawało mi się, że są niezależne, ciche, spokojne i nie robią wokół siebie bałaganu. A pies kojarzył mi się z wskakiwaniem na ludzi ubłoconymi łapami, lizaniem po twarzy, ujadaniem i sprawianiem człowiekowi więcej kłopotów niż radości. Biszkoptowy labrador Niko całkowicie zmienił mój pogląd na ten temat. Dzięki niemu stałem się stuprocentowym psiarzem.

Balsam na melancholię

Dlaczego tak się stało? Niko ujął mnie niesłychanym posłuszeństwem i pogodą. Choć nigdy nie chodził do żadnej szkoły, jest tak nastawiony na współpracę, że zawsze z przyjemnością robi to, czego człowiek od niego oczekuje. Nawet kiedy jedziemy nad wodę, która przecież jest żywiołem labradorów, zanim do niej wskoczy, pyta mnie wzrokiem: „Czy mogę?”, i dopiero gdy widzi w moich oczach aprobatę, kąpie się.

Jest także balsamem na wszelkie smutki, co przy mojej skłonności do melancholii jest nieocenione. Kiedy powiem „spacerek”, Niko się ożywia, a na jego pysku widać uśmiech. Jest w nim tyle szczęścia z tak błahego wydawałoby się powodu. Za każdym razem, kiedy szykujemy się do wyjścia, jest tak samo. Przypomina mi to, że można się cieszyć zwykłymi, prostymi rzeczami. Ten patent zawsze działa. Niko sprawił, że bez względu na to, czy leje deszcz, czy jest mróz, czy upał, cieszę się z każdego spaceru tak samo jak on.

Kacper Kuszewski
fot. Celestyna Król

Korespondencja trawnikowa

Niko jako dwunastolatek jest już starszym panem i ma znacznie mniejszą potrzebę ruchu niż młode labradory, ale jeszcze nie tak dawno każdy spacer musiał być urozmaicony aportowaniem. Jeśli spotykał kolegę, który miał ochotę na zabawę, to dzikim gonitwom nie było końca. Teraz stał się bardziej aktywny umysłowo – przez cały niemal spacer pochłania go węszenie.

Trochę mnie to dziwiło, ale odkąd usłyszałem zabawne porównanie, że psy zostawiają sobie wiadomości, tak jak ludzie wysyłają maile, nie tylko przestałem się dziwić, ale zacząłem bacznie obserwować, jak odbiera kolejne wiadomości: a to pod drzewkiem, a to przy płocie, a to w trawie. Jednym odpisuje, innym nie, gdzieś przejdzie, rzucając tylko nosem na wiadomość, by gdzieś indziej poświęcić sporo czasu na przemyślaną odpowiedź. Nie przyszłoby mi do głowy, żeby zabronić mu prowadzenia tej ożywionej korespondencji z kumplami. A często widzę, jak właściciele psów odciągają je gwałtownie, kiedy tylko dłużej gdzieś trzymają nos. To wyjątkowy egoizm. Ciekawe, jak by się czuli, gdyby odcięto im możliwość komunikacji z innymi ludźmi?

Poziom agresji: minus pięć

Labradory mają chyba w sobie coś magicznego, bo ktokolwiek spojrzy na mojego psa, od razu się uśmiecha. Patrząc obiektywnie na ich sylwetkę, trudno powiedzieć, że to obezwładniająco piękne psy. Są zwykle krępe, mają mało gracji w ruchu. Każdy czworonożny Apollo wygra z nimi w przedbiegach. A jednak zarówno dorośli, jak i dzieci nie potrafią przejść obojętnie obok Nikusia. Ma w sobie tyle ciepła i radości, że każdy ma ochotę go pogłaskać i nikt się go nie boi. Po tylu latach z nim mogę stanowczo powiedzieć, że nie ma takiej możliwości, żeby na kogoś warknął czy kłapnął zębami. Poziom jego agresji oceniam na minus pięć. Zaatakowany przez innego psa siada i patrzy przerażony i zdziwiony, bo w ogóle nie rozumie takiego zachowania.

Dmuchać na zimne

Niko jest zdrowy, ale muszę pamiętać, że labradory są bardzo wytrzymałe na ból i kiedy im coś dolega, w ogóle tego nie okazują. Dlatego uważnie obserwuję mojego psa i kiedy tylko zauważę jakieś niepokojące objawy, jak choćby drobne zgrubienie na skórze, od razu konsultuję się z weterynarzem. Dowiedziałem się też od lekarza, że kiedy czworonóg pije więcej niż zwykle, to może być sygnał, że coś mu dolega. Między psem a jego opiekunem istnieje rodzaj porozumienia, dzięki któremu komunikują się bez słów. Gdy więc Niko nie biegnie tak jak zwykle radośnie na spacer, od razu wyczuwam, że coś jest nie w porządku.

Kiedyś przypadkiem odkryłem u niego poważną chorobę. Zaczęło się od wymiotów w nocy. Lekarz stwierdził zwykłą niestrawność, ale po dokładniejszym zbadaniu okazało się, że oprócz niej pies ma wielkiego guza na śledzionie, który trzeba natychmiast operować. Na szczęście nie był on złośliwy. Wycięta śledziona razem z guzem wypełniła litrowy słoik. Dowiedziałem się, że łagodne guzy mogą się rozwijać bez żadnych objawów, ale kiedy nagle pękną, krwotoku wewnętrznego nie da się zatamować i dla psa nie ma ratunku. Niestety pupil moich przyjaciół w taki sposób zakończył życie. Dmucham więc na zimne i od tamtej operacji robię Nikusiowi raz na kilka miesięcy badanie krwi. Polecam to wszystkim właścicielom biszkoptowych labradorów, które są bardziej podatne na choroby niż ich czarno umaszczeni kuzyni.

Kacper Kuszewski
fot. Celestyna Król

Radio gra

Niko nie jest specjalnie wrażliwy na dźwięki. Nawet myślę, że na stare lata trochę niedosłyszy. Ale kiedy kilka lat temu przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania, musiałem zweryfikować swoje zdanie na ten temat. Pies, który dotąd był przyzwyczajony do tego, że zostaje sam w domu, zaczął potwornie wyć. Kiedy zaczęły się urywać telefony ze skargami od sąsiadów, musiałem znaleźć jakieś rozwiązanie. Ktoś mi podpowiedział, żebym zostawiał włączone radio. Nie bardzo wierzyłem w skuteczność tej metody, ale zadziałała.

Wcześniej mieszkaliśmy w bloku, blisko głośnych ulic, wokół dużo się działo i do psa – choć był sam – docierały odgłosy toczącego się obok życia. Tutaj znalazł się w cichym budynku, blisko lasu, z dala od ulicznego zgiełku. Radio stało się jego nieodłącznym towarzyszem. Nie ma jakichś ulubionych stacji czy piosenek, wystarczy, że coś mu gra. Inaczej jest z kotami mojego taty i jego żony skrzypaczki, które towarzyszą jej, gdy ćwiczy, ale lubią tylko niektóre utwory, a przy innych ostentacyjnie wychodzą z pokoju.

Podręczna zmywarka

Dla takiego estety jak ja posiadanie psa, który przynosi ogromne ilości błota na brzuchu, mogłoby być problemem. Ale z Nikusiem idealnie sobie z tym poradziliśmy. Nigdy nie wbiega rozpędzony na pokoje. Wchodzi grzecznie do domu i na hasło: „Połóż się, pokaż brzuszek”, kładzie się na plecach i wycieranie podwozia traktuje jak fajną zabawę. Ta sztuczka wzbudza zachwyt moich znajomych. Akceptują oni też, kiedy po kolacji Niko pełni rolę podręcznej zmywarki. Jako członek rodziny nie zasiada co prawda przy stole, ale uczestniczy w kolacji, wylizując talerze.

Lubię czasem coś ugotować, ale tylko dla przyjaciół. Niko je gotową karmę. Czasem jednak dostaje ode mnie coś, o czym wiem, że mu nie zaszkodzi. Na przykład uwielbia brzegi ciasta od pizzy. A jego największym przysmakiem są ogórki kwaszone. Lubi też ryż z sosem z pieczeni. Nie znosi natomiast ryb. Jeśli jedzenie czy gryzak choć odrobinę pachną rybą, nie ruszy ich.

Wcielić się w psa

Niko pomógł mi bardzo, gdy dubbingowałem Chapsa, bohatera filmu „Zakochany kundel II”. Polska wersja filmu powstawała pod okiem Joanny Wizmur, fantastycznej reżyserki dubbingu takich przebojów jak „Shrek” czy „Madagaskar”. Grałem już wtedy w serialu „M jak miłość” i przypadkowo rolę suczki Lili (przyjaciółki Chapsa) dostała Małgosia Kożuchowska, moja serialowa żona. Jednak nigdy nie spotkaliśmy się w studiu, ponieważ każdy aktor nagrywa swoje kwestie osobno, co niewątpliwie utrudnia pracę. Inny kłopot polega na tym, że bohater na ekranie biega, skacze i robi różne inne rzeczy, a widz nie może się zorientować, że aktor siedzi w studiu przed mikrofonem. W wypadku dubbingu psa mój głos musiał uwzględniać mimikę pyska i sposób oddychania zwierzęcia. Pomogło mi wykształcenie muzyczne i dobry słuch, a także bliski kontakt z Nikusiem.

Zazdroszczę aktorom amerykańskim, którzy nagrywają głosy do filmu animowanego w jednym, wielkim pomieszczeniu i pracują nad rolami niemal jak w normalnym filmie. Co prawda zarys sytuacyjny powstaje wcześniej, ale rysownicy siedzą w studiu i obserwują ruchy aktorów i na ich podstawie tworzą obraz dopasowany do nagranego dźwięku.

Inna rzecz, że postacie w „Zakochanym kundlu II” są tak uczłowieczone, że ich mowa niewiele się różni od mowy człowieka. Pewnie czym innym byłoby podkładanie głosu pod prawdziwego psa, który ma swój sposób poruszania się i głosem trzeba to przekazać. Swoją drogą uważam, że aktor może się wiele nauczyć, obserwując zwierzęta. Studenci pierwszego roku szkoły teatralnej często przygotowują etiudy, w których muszą się wcielić w jakieś zwierzę. Trzeba znaleźć takie środki wyrazu, by widzowie nie odczuwali braku czterech łap czy ogona. To ćwiczenie świetnie rozwija świadomość własnego ciała. Od psów można się także nauczyć prawidłowego oddychania i emisji głosu. Kiedy pies dyszy lub szczeka, dokładnie widać, jak pracuje jego przepona. Pies uczy też spontanicznego, niewymuszonego okazywania emocji. Żadne zwierzę nie ma chyba tak szerokiej palety sygnałów jak pies, który kładzie bądź stawia uszy, unosi brwi, pokazuje zęby. I nigdy niczego nie udaje.

Kacper Kuszewski, aktor filmowy i dubbingowy, w serialu „M jak miłość” gra Marka Mostowiaka, wygrał XIII edycję „Tańca z gwiazdami”.

Autor: Paulina Król