Zainwestuj w Dolara – wywiad z Olgą Bołądź


O tym, jak trafiła do schroniska w Józefowie i jak zdecydowała się na prowadzenie domu tymczasowego dla psów, opowiada aktorka Olga Bołądź.

Obwąchał, obszczekał, pomerdał ogonkiem. Tak przywitał mnie Dolar, niewielki kundelek ze śmiesznie przekrzywionym po wypadku pyszczkiem, kiedy po raz pierwszy przekroczyłam bramę schroniska w Józefowie. Człowiek czuje się odpowiedzialny za wszystkie psy, które tam spotyka, ale od tamtego styczniowego poranka Dolar stał się moim ulubieńcem. Przypomina mi Marlona Brando, który jako ojciec chrzestny cedził słowa z wypchanymi pomarańczami lub chlebem policzkami. Widzę go też w roli szulera, który gra w karty przy stole hazardowym. Taki inteligentny awanturnik. Jednak jego prawdziwa natura jest zupełnie inna. To piesek wyważony, spokojny, myśliciel.

Na spacerze grzecznie idzie na smyczy, siada, czeka, bywa trochę onieśmielony, gdy cała uwaga skierowana jest na niego. Ostatnio, podczas sesji zdjęciowej do tego artykułu, szczęśliwy spacerował z grupką ludzi, wśród których był dwuletni Ksawery. Podziwiałam, jak delikatnie brał przysmaki z rączki malucha. Dolar ma też swoją godność i nigdy się nie przepycha, domagając się pieszczot. Jego jedyną wadą jest to, że nie lubi, kiedy w jego towarzystwie zajmuję się innymi czworonogami. Wierzę, że ktoś tak jak ja zachwyci się jego niesalonową urodą i zabierze go do domu, w którym będzie żył jak książę. Jak Misiek, niemłody i trudny pies, z bielmem na oku, który – gdy opowiedziałam o nim kiedyś w wywiadzie – trafił na przepiękną wieś w Bieszczady, do domu, w którym jest kochany. Pamiętam, że Misiek na mój widok wspiął się na ogrodzenie boksu, wystawił łepek i w ten sposób dał mi znać, że muszę o nim pamiętać.

Znak od bramy

W Józefowie jest kilkaset psów, ale żaden nie jest anonimowy. Zanim tu trafiłam, wydawało mi się, że w schroniskach przebywają wyłącznie psy agresywne, które rzucają się na ludzi. Mało tego, sądziłam, że zwierzaki są tu usypiane. Przypadkowo obejrzałam kiedyś film dokumentalny w TVP 3 o wolontariuszach pracujących w schroniskach dla zwierząt. Podziwiałam ich samozaparcie, ale też siłę i oddanie, z jakim poświęcali się bezdomnym zwierzętom. Zapamiętałam z filmu metalową, wielką bramę i przemknęła mi myśl, że może kiedyś ją odnajdę. Z Jagodą, koleżanką z planu, postanowiłyśmy wybrać się do schroniska w Józefowie koło Otwocka. Niestety GPS nie wskazał tego adresu. Ale kiedy  odbierałam ją z Białołęki, poprowadził nas do oddalonego zaledwie o 7 km Józefowa, ale koło Legionowa. Zaniemówiłam, gdy podjechałyśmy na miejsce. To była właśnie ta metalowa brama.

Zaczęłyśmy od sprzątania boksów w straszliwym mrozie. Z każdym kolejnym przyjazdem powiększało się grono wolontariuszy pochodzących z różnych środowisk, których łączyło jedno – chęć pomagania zwierzętom. Wielu rzeczy się od nich uczę. Często ludzie się boją tu przyjeżdżać, bo przeraża ich ogrom psiego nieszczęścia. Niesłusznie. Jestem tu, bo nie czuję się osamotniona w tym, co robię. Kiedy na przykład jakiś pies zachoruje, od razu uruchamia się łańcuszek ludzi dobrej woli. Ktoś zna jego historię, ktoś inny imię, ktoś pojedzie do weterynarza, jeszcze ktoś zorganizuje zrzutkę na leki. Bo we wspólnym działaniu jest siła.

Otuchy i wiary w słuszność tego, co robię, dodaje też prowadząca schronisko pani Bożena. Jest dobrym człowiekiem. Przyjmuje do schroniska każdego psa, chorego, okaleczonego, starego, sunię ze szczeniakami. Mimo problemów, nigdy się nie poddaje. Tu psy nie mają złego życia.

Gadu, gadu

Mój dzień w schronisku jest trudny do zaplanowania. Podczas upałów polewa się klatki, a gdy jest mróz, ociepla się budy. Bywa, że pojawiają się szczeniaki i trzeba im zrobić zdjęcia. Zwykle przyjeżdżam tu raz, dwa razy w tygodniu i zabieram psy na długi spacer do pobliskiego lasu. Na miejscu wybieram sobie takie zwierzaki, które wymagają resocjalizacji – na przykład Nelly i Onyksa – siadam w ich boksach, i gadam do nich. Nieważne, czy mnie słuchają, czy nie. Próbuję je delikatnie zachęcić, żeby wzięły smakołyk, żeby dały się pogłaskać. To wielka radość, kiedy taki wycofany piesek podejdzie do mnie. Przede wszystkim do niczego ich nie zmuszam. Nawet jeśli moje działanie ograniczy się tylko do gadania, to i tak wiem, że pies coś zyskuje. Może pewnego dnia ośmieli się pójść na spacer? A mnie każdy pobyt w schronisku doładowuje pozytywną energią.

Bo był za łagodny

Najgorsze, co można zrobić psu, to oddać go z powrotem do schroniska. Wolontariusze dbają o to, aby ich podopieczni nie trafiali do przypadkowych domów, ale zdarzają się niemiłe niespodzianki. Pewien starszy pan zapewniał, że pies będzie biegał luzem i tylko na noc będzie zamykany w wyłożonym deskami kojcu. Moreno, piękny zwierzak w typie husky, chyba go polubił, bo od razu polizał go po ręku. Uznaliśmy więc, że to dobry znak. Jednak po dwóch tygodniach pojechaliśmy z wizytą poadopcyjną. Moreno siedział zamknięty w niedużym, prowizorycznym kojcu, na pokrytej odchodami kamiennej podłodze. Okazało się, że spotkał go taki los, bo był zbyt przyjazny dla dzieci, a starsi państwo chcieli mieć psa agresywnego. Trzeba go było stamtąd zabrać jak najszybciej. Jego historia poruszyła ludzi. Teraz Moreno mieszka w domu z olbrzymim ogrodem. Ma też do dyspozycji budę, ale wchodzi do niej tylko wtedy, kiedy sam ma na to ochotę. Ale przede wszystkim ma ludzi, którzy go kochają takim, jaki jest.

W moim domu pachnie octem

Jestem podobna do mojej mamy, która często podejmuje decyzje pod wpływem impulsu, ale jeśli już w coś się zaangażuje, to na całego i odpowiedzialnie. Tak się stało, kiedy adoptowała dwuletnią suczkę doga argentyńskiego, która trafiła do schroniska z dworca. Ktoś przywiązał ją do słupa i tak zostawił. We Włoszech, gdzie mama mieszka, też zdarzają się takie sytuacje. Nera siedząca w kojcu była smutna i przerażona. Do tego należała do ras uznanych za groźne, więc jej szanse na adopcję były znikome. Ale moją mamę zachwyciła i jest u niej już siedem lat. To cudowny pies, którego zabiera z sobą, nawet kiedy przyjeżdża do Polski. U mojej siostry Magdy spotykają się wtedy cztery psy: dog i york mamy oraz golden Flo i york Bolek siostry.

Od wolontariatu zaczęło się moje pomaganie zwierzętom. Następna decyzja nie była do końca zaplanowana. Postanowiłam brać do siebie psy na dom tymczasowy. Usłyszałam historię o pięćdziesięciu nagle osieroconych czworonogach z Różana. Część z nich gmina umieściła w schroniskach, ale część wylądowała na wysypisku śmieci. Były tam trzy szczeniaki, którym groziła śmierć na kilkunastostopniowym mrozie.

Z wpisu na Facebooku dowiedziałam się, że Stowarzyszenie na rzecz Bezpańskich Zwierząt „Niczyje” poszukuje dla nich domu tymczasowego. Zadzwoniłam, nie konsultując się z nikim, bo miałam zamiar przygarnąć jednego pieska. Ostatecznie po namowach dziewczyn ze stowarzyszenia przywiozłam do domu wszystkie. Nie było łatwo ogarnąć tej trójki. Do tego chorowały na świerzb zwierzęcy, więc musieliśmy je kąpać, dawać im zastrzyki, no i sprzątać po nich. Początkowo pomagała mi nieoceniona sąsiadka, a później także mój chłopak. Ocet uniwersalny, dotąd przeze mnie nieużywany, zagościł w moim domu na stałe. To doskonały sposób na to, by szczeniaki nie siusiały w te same miejsca, pochłania on też zapach psiego moczu. Największą satysfakcję miałam wtedy, kiedy wszystkie maluchy – Córuś, Budrys i Strzałka – znalazły się u wspaniałych rodzin. Każdą z nich odwiedziliśmy osobiście.

To nic, że zjadła szpilki

Od stycznia tego roku w moim mieszkaniu na czwartym piętrze mieszkało już siedem psów. Po szczeniakach z Różana było jeszcze rodzeństwo Pako i Księciunio oraz Tosia. Umówiliśmy się w domu, że na tymczas będziemy brać wyłącznie szczeniaki. Ale niedawno odebraliśmy z interwencji półroczną sunię w typie owczarka niemieckiego i mimo że jest to  pierwszy duży pies w naszym domu, przygotowujemy ją do adopcji. Ronda była dzikusem. Uczę ją czystości, chodzenia po schodach, spacerowania na smyczy, socjalizuję ją z psami i dziećmi. Była też z wizytą u mojej siostry w Toruniu, żeby przyzwyczaiła się do jazdy samochodem.

Tak jak wszystkie moje psy staram się poznać ją jak najdokładniej, żeby wybrać jej właściwych opiekunów. Ostatnio Ronda zjadła moje nowe szpilki przeznaczone na wielkie wyjścia, ale nie robię z tego problemu. Od kiedy opiekuję się psami, stałam się dużo bardziej tolerancyjna. W moich kontaktach z nimi przeważa spokój i opanowanie. Nie potrafię już krzyknąć na psa. Nie chcę karcić go za złe zachowanie. Utrwalam tylko to, co dobre.

Zgodnie z testamentem

Nie jest łatwo rozstawać się z odchowanym szczeniakiem. Każdy jest mi bliski. Czasem mam łzy w oczach, kiedy go oddajemy, ale są to też łzy szczęścia. On idzie do dobrych ludzi, a ja mogę przygotować do adopcji kolejne szczenię, nierzadko skazane wcześniej na schronisko.

Przez mój dom rodzinny przewinęło się wiele psów. Gdy któryś odchodził na zawsze, było nam bardzo smutno. Ale kiedyś koleżanka umieściła na Facebooku tekst testamentu ukochanego psa. Pies mówi tam, żeby wszystko, co dotąd otrzymywał on, oddać innemu psu, bo jego już nie ma. Prosi, aby także miłość, którą był obdarzany, przekazać innemu psu. Tym także się kieruję, oddając kochane szczeniaki do nowych domów.

Olga Bołądź, aktorka, absolwentka Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie, gra w serialu „Czas honoru”, ostatnio wystąpiła w roli siatkarki Agaty Mróz w filmie „Nad życie”

Jeśli chcesz adoptować Dolara, napisz: [email protected].

Autor: Paulina Król