Ktoś więcej niż pies – wywiad z Wiktorią Gąsiewską


W kim jest zakochana, do kogo ma podobną twarz i kto widzi w niej aniołka, zdradza Wiktoria Gąsiewska.

Fragment wywiadu z magazynu „Mój Pies i Kot” nr 9(46)/2019Z Wiktorią Gąsiewską rozmawia Paulina Król.

Bonnie kocham”, „Moje oczko w głowie” – to wybrane posty Wiktorii spośród wielu zamieszczonych na Instagramie przy jej zdjęciach z cavalierką Bonnie, którą pokochała całym sercem w momencie, gdy pół roku temu zobaczyła ją w hodowli. Wiktoria jest przekonana, że więź, jaka powstaje między człowiekiem a psem, bywa silniejsza niż między dwojgiem ludzi. I nie zważa na to, że niektórzy mogą się z tego śmiać. Dla niej pies to pełnoprawny członek rodziny, najbliższy przyjaciel. Nawet kiedy spotyka obcego psa, odnosi wrażenie, że to jest ktoś więcej niż pies. Gdy zaczyna opowiadać o Jessice, yoreczce, która była z nią ponad 10 lat i odeszła półtora roku temu, nie kryje wzruszenia.

Kim dla Ciebie była Jessica?

Jessica odstawała od pozostałych szczeniaków. Serce od razu mi podpowiedziało: to będziesz ty. Była pieskiem całej rodziny, jednak to ja z nią spałam, najczęściej ją karmiłam. Była pierwszym obowiązkiem dziewięciolatki. Płaczę, ale to łzy radości, że była ze mną tak długo. Przy niej kształtowała się moja osobowość. Powierzałam jej totalnie wszystkie moje tajemnice – czy miałam gorszy, czy lepszy dzień, zawsze znajdowałam w niej przyjaciółkę. Był to też czas pierwszych kłótni z rodzicami o niewyprowadzenie psa. Teraz oddałabym wszystko, żeby móc z nią spacerować.

Jessi kładła mi się na głowie, gdy mnie bolała, obok brzucha – gdy bolał mnie brzuch, jakby czuła jakieś promieniowanie. Była miniaturowa, ale wydawało się jej, że jest olbrzymim psem i rzucała się do gardeł zwierzaków wielokrotnie od niej większych. Czasem patrzyły zdziwione, a czasem uciekały przed nią. Nieraz jednak musiałam ją ratować z opresji. Kiedy zachorowała, coraz mniej było w niej tej walecznej Jessiki. Dostała rozległego udaru mózgu. Łudziłam się, że może zmiany są odwracalne. To była kwestia godzin, czekania, czy druga półkula przejmie funkcję tej zaatakowanej. Ale niestety, Jessi odeszła, naturalnie. Nie potrafię sobie wyobrazić eutanazji. Niektórzy uważają, że to ma ulżyć psu w cierpieniu. Dla mnie to tak samo, jakby podłączyć człowieka pod coś, co go usypia. Ja walczę do końca. To przykre, że pieski umierają wcześniej, ale przynajmniej nie zostają same. Jessica była i jest głęboko w moim sercu.

Była dla mnie uosobieniem człowieka, nie konkretnej osoby, ale to była niezwykła więź. Jest coś takiego w niektórych psach, że kiedy spojrzy im się w oczy, ma się wrażenie, jakby był w nich człowiek, jakby miał drugie życie albo jakąś misję do spełnienia jako pies. Mojej babci wydawało się, że w jej sznaucerku Duffim mieszka dusza jej mamy. Kiedy babcia miała złamaną nogę, Duffi brał cukierek ze stołu i rzucał babci pod nogi. Spał jak człowiek pod kołderką, z głową na poduszce. Jessikę, od której był dużo starszy, traktował jak wnuczkę. Na wiele jej pozwalał, ale też uczył dobrych manier.

Jak trafiła do Ciebie Bonnie?

Moja najbliższa rodzina to sześć osób, bo mam troje rodzeństwa, ale po stracie Jessiki czuliśmy pustkę. Wspólnie uznaliśmy, że brakuje nam pieska. Rodzinny, niehałasujący i lubiący dzieci cavalier był idealny dla naszej rodziny. Kiedy pierwszy raz wzięłam Bonnie na ręce, poczułam elektryzującą chemię. Leżała z dala od rodzeństwa, jedno oczko jej uciekało, była najmniejsza. Później się okazało, że jako pierwsza otworzyła oczy, najszybciej stanęła na łapach i podgryzała inne szczeniaki. Kochamy ją wszyscy, ale najbardziej…

Ciąg dalszy przeczytasz w najnowszym wydaniu magazynu „Mój Pies i Kot” – do kupienia w Biedronkach!

Wiktoria Gąsiewska – utalentowana aktorka i prezenterka młodego pokolenia (rocznik ’99). Zagrała w kilku serialach telewizyjnych, takich jak m.in. „Rodzina zastępcza”, „Barwy szczęścia”, „Rodzinka.pl”. Jej debiut na dużym ekranie to rola w „Jasminum” w 2006 roku. Rok później wystąpiła w filmie „Katyń”. Wraz ze swoim chłopakiem Adamem Zdrójkowskim wygrała pierwszą edycję programu „Dance Dance Dance”.

Autor: Paulina Król